Najgorszy film świata

Z założenia Łowcy Głów to thriller – wiecie, norweskie kino akcji, które według recenzentów wreszcie się rozwija i wspina na wyższy poziom, próbując jakoś znaleźć sobie miejsce pomiędzy tymi wszystkimi amerykańskimi produkcjami, przepełnionymi workami ze sztuczną krwią i pięcioma strzelaninami na minutę. Szkoda tylko, że widz zamiast uczucia napięcia, walącego jak oszalałe serca i gęsiej skórki, dostaje dawkę takiego absurdu, że zaczyna dusić się ze śmiechu, zastanawiając się, czy twórcy wiedzą, że produkcja jest durna, czy biorą to wszystko na poważnie. […]

Z założenia Łowcy Głów to thriller – wiecie, norweskie kino akcji, które według recenzentów wreszcie się rozwija i wspina na wyższy poziom, próbując jakoś znaleźć sobie miejsce pomiędzy tymi wszystkimi amerykańskimi produkcjami, przepełnionymi workami ze sztuczną krwią i pięcioma strzelaninami na minutę. Szkoda tylko, że widz zamiast uczucia napięcia, walącego jak oszalałe serca i gęsiej skórki, dostaje dawkę takiego absurdu, że zaczyna dusić się ze śmiechu, zastanawiając się, czy twórcy wiedzą, że produkcja jest durna, czy biorą to wszystko na poważnie.

film łowcy głów thriller recenzja


Film, który miał opowiadać historię o sieci intryg, ucieczce przed mordercą i – jak to lubią pisać ludzie, którzy tworzą opisy na pudełkach dvd – balansowaniu na granicy życia i śmierci, jest naprawdę dziełem, w którym główny bohater ścina włosy i wkłada je do opakowania orzeszków ziemnych albo jedzie na traktorze, cały upaprany w ludzkim – przepraszam delikatnych – gównie ze zdechłym psem wbitym na kolce z przodu maszyny. Mało? Nie bójcie się. To dopiero skromny początek.

O CZYM TO JEST

Twórcy są podchwytliwi niczym cwane łasice, bo czytając opis filmu nic nie wskazuje na to, że jest on tak wielką klapą, jak kariera Gosi Andrzejewicz. Główny bohater – Roger –  jest tym typem faceta, który ma wszystko: żonę, będącą najlepszą laską w mieście, wielki dom z meblami Ikei, dużo kasy w sejfie oraz kochankę, z którą uprawia seks już w pierwszej minucie filmu w sposób, który skutecznie obrzydza normalnym ludziom jedzenie popcornu. Oczywiście, nie mógł tego całego majątku mieć tak po prostu , bowiem Roger przypomina nieco doktora Jeckyll’a : w dzień jest szefem działu rekrutacyjnego w dużej filmie, ale pod osłoną nocy zamienia się w złodzieja dzieł sztuki, który zgarnia za to tyle pieniędzy, że nie musi się martwić stojąc w kolejce w Tesco, czy na pewno starczy na wszystko.

Pewnego dnia w życiu Rogera pojawia się koleś, który stara się o posadę w firmie, gdzie rekrutację prowadzi właśnie nasz kurduplowaty, blond bohater. Okazuje się, że mężczyzna posiada oryginalny obraz Rubensa – tak, właśnie tego, co to malował nagie panie z nadwagą – a Roger ma na niego niezłą chrapkę. Włamuje się więc do domu nowego kolegi i kosi obraz, jednocześnie dowiadując się, że jego żona przyprawia mu rogi – ta głupia blondynka zostawiła telefon w jego mieszkaniu, więc nic dziwnego, że się wydało. Wściekły, wraca i  oświadcza, że nowy koleś nie dostanie pracy w jego firmie.

film łowcy głów thriller recenzja

No i tu dopiero się zaczyna.
Koleś się wścieka i różnymi sposobami próbuje go zabić, Roger ucieka, a cała sytuacja przypomina bardziej Benny Hilla niż film, który ma trzymać w napięciu. Nieudolność bohaterów – zarówno tego, który ucieka i tego, który próbuje strzelić mu kulkę i pozbyć się delikwenta – przypomina faceta, który próbuje zrobić coś bardziej skomplikowanego, niż zupka chińska. No cóż, nagroda Złotej Maliny czeka… czyż nie?

GŁUPOTA GONI GŁUPOTĘ

Pomysł, z którego zrodził się scenariusz, wcale nie jest zły: mamy historię, która jest w miarę sensowna i na pewno zjadliwa, zwłaszcza dla widza, który nie należy do filmowych niejadków. Kluczem w absurdalności tego filmu są jednak małe scenki, które skutecznie psują napięcie, tak jak urocze beknięcie dziewczyny na randce rujnuje jej romantyczny nastrój.
Po pierwsze: przyjaciel Rogera, który pomagał mu organizować skoki na domy z cennymi obrazami i jest na amen zakochany w rosyjskiej prostytutce, zostaje otruty poprzez wbicie mu igły w dupę. To znaczy: poduszeczka z ostrym końcem i niebezpiecznym jadem w środku leżała na siedzeniu samochodu, a on wziął i na nią usiadł, skutecznie robiąc sobie krzywdę. Gdybyście mnie zapytali: zaprawdę, śmierć do dupy, zwłaszcza, że koniec końców to nie trucizna zabija przyjaciela, a sam Roger, bo nie wiadomo do końca dlaczego, zaczynają do siebie strzelać.

Potem naszego bohatera goni ten nowy, wkurzony koleś, więc ten ucieka i chowa się w wygódce. I nie, nie chodzi o to, że wchodzi do budki – on wskakuje do środka, uprzednio pakując w usta pustą rolkę papieru toaletowego, coby mógł oddychać, gdy cały zatopi się… w odchodach. Biorąc pod uwagę jego sytuację, określenie wdepnąłeś w poważne gówno nabiera nowego, dosłownego znaczenia. Widząc tą scenę, człowiekowi nasuwa się tylko jedne pytanie, które wypowiedział głośno ktoś za mną, siedząc w sali kinowej: kto tyle tego tam nasrał?

Z ABSURDU W ABSURD

film łowcy głów thriller recenzja

Kiedy Roger wydostaje się z uroczego zabiegu a’la salon SPA, chowa się w stodole, gdzie znajduje go pies nowego kolesia – przepraszam, ale nawet nie pamiętam jego imienia – i gryzie go w szyję. Normalni ludzie po takiej walce krwawiliby jak szaleni, ale Roger uciska ranę i już nic mu nie jest. W szale złości podnosi psa i nabija go na kolce, które nie wiadomo czemu, znajdują się z przodu traktora.
Wydawałoby się, że to wystarczy, by popcorn samoczynnie wypadł ci z buzi, a na twojej twarzy odmalowałby się wyraz niebotycznego zdziwienia. No cóż, reżyser poszedł krok dalej.

Wyobraźcie sobie, że Roger wsiada na traktor i wyjeżdża, uciekając przed nowym kolesiem, ze zwłokami psa, które w dalszym ciągu są nabite na ostrze z przodu, a co więcej, majtają się jak flaga na wietrze. Jakiś samochód zaczyna ścigać naszego pomysłowego blondaska – który, w dalszym ciągu, jest cały upaprany gównem – przyspiesza swoją cudowną maszyną, ale nie wyrabia zakrętu i wypada z traktora, prosto na ziemię. Samochód zatrzymuje się, słychać trzask drzwi, Roger otwiera uwalone kupą powieki, a nad nim… wcale nie jego oprawca, a jakiś wieśniak, który próbuje podnieść bohatera, ale za chwile orientuje się, że to brązowe na jego ubraniach to wcale nie błoto. Ups.

KIEDY TO SIĘ SKOŃCZY?

Nasz bohater budzi się w szpitalu, w stylowej koszuli nocnej w kwiatki – piżamy pewnie się skończyły – dzięki Bogu, już umyty z tego, w czym tak się ubabrał. Na dworze czeka już na niego policja, bowiem okazuje się, że jest on podejrzewany – i słusznie – o śmierć swojego kumpla (tego, który dostał trucizną  w dupę). Pakują Rogera w samochód i jadą. Biedny blondas siedzi na tylnym siedzeniu, wciśnięty między dwóch policjantów, którzy są tak wielcy, że cała rodzina Grycan razem wzięta, wygląda przy nich jak osoby  z poważnym niedożywieniem.  Nagle zza zakrętu wyskakuje ukradziony tir, który uderza w samochód. Maszyna stacza się z góry, obijając o kamienie. Jak to zwykle bywa, wszyscy giną śmiercią natychmiastową i dość obleśną – kamera dokładnie pokazuje zmasakrowane ciała – oprócz naszego Rogera, którego amortyzował chyba tłuszcz policjantów. Oprócz kilku rys – ja miałam takie po drapnięciu przez kota – mężczyźnie nic nie jest. Wstaje więc, ubiera się w strój policjanta, który zdziera bez żadnych rozterek moralnych, po czym… obcina włosy nad jeziorem. Czemu? Bo okazuje się, że nowy koleś wtarł w nie mikrochip, który pokazuje na jego GPSie, gdzie dokładnie jest Roger.

Blondas wraca do miasta, by spotkać się z kochanką  – chce, żeby ta udzieliła mu pomocy. Koniec końców okazuje się jednak, że jego towarzyszka do spraw łóżkowych także jest zamieszana w spisek. Przez chwilę ostro się leją, on ją zabija i ucieka, tym razem do żony. Tłumaczy jej całą sytuację, a ta – zamiast wypierdzielić go z domu na zbity pysk, bo dowiaduje się o tym, że ją zdradzał i kradł obrazy – uknuła z nim świetny plan.  W ostatnich minutach filmu nowy koleś ginie, policja zwala wszystko na kogoś innego używając jako dowodu świerszczyków z domu przyjaciela Rogera, a blondas wraz z gorącą żonką żyją długo i szczęśliwie: prawie tak, jak w bajkach Disneya.

PODSUMOWUJĄC

Poszliśmy z Patrykiem na ten film, kierując się jego świetnymi recenzjami – chcieliśmy obejrzeć coś, co będzie trzymało w napięciu. Nie trzymało. Za to przez cały czas trwania filmu trzymaliśmy się za brzuchy – rycząc ze śmiechu za każdym razem, kiedy przed naszymi oczami ukazywała się kolejna absurdalna scena.  Jeśli chcecie się posikać – z radości – czym prędzej obejrzyjcie dzieło norweskich twórców.  Nie  liczcie jednak na gęsią skórkę – facet cały w kupie i nieudolność bohaterów na pewno tego nie zagwarantują.

Wszystkie zdjęcia to kadry filmu Łowcy Głów, reż. Morten Tyldum