Menu
Dobre życie

Wspomnienia z dzieciństwa, których się wstydzę.

Każdy z nas kiedyś był dzieckiem  – małym, na początku sikającym w pieluchę i zapałem ssącym smoczka berbeciem, który z niebywałym entuzjazmem – szkoda, że nam już to przeszło – poznawał świat.  Człowieczkiem, który godzinami potrafił oglądać bajki o tym, jak dwóch chłopców próbuje wyrwać jedną dziewczynę albo psie, który z bandą niebywale wyrośniętych nastolatków przegania wszystkie potwory, także te czające się pod łóżkiem. Maluchem, który latał po dworze wymachując kijami i bawił się w niezidentyfikowaną do końca zabawę, a czasami zaliczyło bliski kontakt z ziemią i poznał, jak cholernie bolą odrapane kolana.
Kiedy jest się dzieckiem, świat stoi przed tobą otworem, a ty chłoniesz wszystko, co ci daje. Czasami nawet zbyt chętnie.


RZEKA JAK WANNA
Mówcie co chcecie, ale małe dziecko jest prawie tak łatwowierne jak fani Christiny Aguilery, wierzący jej ciągłym zapewnieniom, że wraca na scenę. Będąc szkrabem dumnie chwalącym się tym, że właśnie pasowano mnie na ucznia podstawówki, byłam taka sama: wierząca w każde słowo, które mi się powie, zwłaszcza, kiedy wychodzi ono z ust – uwaga, teraz muzyka przypominająca chór śpiewających aniołów i brzdąkanie na harmonii, a całą scenerię przyozdabiają puchate obłoki – Starszej Siostry.

Dlatego też bardzo łatwo dałam sobie wmówić, że na dnie rzeki przepływającej przez nasze miasto jest korek – tak, taki jak od wanny – a wodę wypuszcza się za każdym razem, kiedy ludziom grozi powódź. Nie przyszło mi do głowy, że korek musiałby być wielkości przynajmniej jednego porządnego samochodu, a do jego wyciągnięcia nie wystarczyłoby pociągnięcie za łańcuszek. Co więcej, woda musiałaby gdzieś spływać… ale kto by się przejmował, na dnie rzeki był korek – obowiązkowo czarny – i tyle. Skoro Starsza Siostra tak mówiła, to z pewnością to była prawda. 

TRATUJĄCY POCIĄG

Jednak ściemy Starszej Siostry to było nic, w porównaniu z tym, co czekało mnie za każdym razem, kiedy do wkręcania mnie przyłączał się – takie same fanfary i obłoki, oraz inne niebiańskie pierdoły – Starszy Brat. Jeśli do roboty brał się ten diabelny duet, to miałam tak przesrane, jak ta firma od wybielania odbytu, która do swojej reklamy wlepiła – ni stąd ni zowąd – Natalię Siwiec.
Wielkanoc, era dinozaurów, kiedy jeszcze byłam młoda, miałam cudowną grzywkę wyciętą od garnka na całym czole i wierzyłam, że święty Mikołaj naprawdę istnieje. Razem z rodzeństwem wracałam zapomnianymi już przez ludzi polami – bo wiadomo, skrótem lepiej, nawet, jeśli jest dłuższy od normalnej drogi.

W pewnym momencie cała trójka usłyszała gwizd pociągu, który coraz głośniej zaznaczał, że jedzie i jak nikt się nie posunie z drogi, to rozsmaruje na torach każdego, kto jest – na nieszczęście – głuchy i ślepy. W tym samym momencie Starszy Brat krzyknął w panice: „Uciekaj, pociąg jedzie!”, a mała Marta niewiele myśląc zaczęła biec tak szybko, że Bolt mógłby się od niej uczyć i z namaszczeniem całować jej pięty. Szorowałam do przodu, jakbym zobaczyła ducha, wołając przerażona „Radek, Anita, szybko, biegnijcie!” Czy zdążyłam uciec przed pociągiem? Ależ oczywiście. Głównie z powodu tego, że w okolicy trzystu metrów nie było żadnych torów – szliśmy przecież cały czas zielonymi polami. Zorientowałam się po pięciuset metrach pokonanych sprintem, kiedy obróciłam się za siebie i zobaczyłam moje rodzeństwo, które zamiast spieprzać ile pary w nogach, stało i zaśmiewało się podobnie do Katarzyny Pakosińskiej, której głos według plotek potrafi kruszyć szkło. Szczerze? Nigdy im tego nie wybaczyłam!

CHOLERNY LIST

W świecie wykreowanym przez najgenialniejszą chodzącą istotę na świecie – panią Rowling – w wieku jedenastu lat młodzi czarodzieje otrzymują list w grubej, żółtawej kopercie, zapisany zielonym atramentem. W środku może nie czeka na nich voucher na nowego laptopa i roczny rabat na zestaw Happy Meals, za to jest coś innego – informacja o tym, że przyjęto danego szczęściarza do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Jak myślicie, czego wyczekiwałam najbardziej w dniu moich jedenastych urodzin? Kiedy wybiła dwudziesta czwarta, a sowy z listem nie było widać, czułam się najbardziej oszukaną osobą na świecie. Pieprz się, Dumbledore!
I tak – teraz może jedenastolatki palą już swoje pierwsze fajki i po cichu, kitrając się gdzieś w krzakach próbują gorzkiego smaku piwa – ja natomiast byłam dziwnym dzieckiem, wiecznie czekającym na cholerny list, którego nie łaska było wysłać.
W tamtym roku napisałam go sobie sama. Wcale nie potrzebuję Tiary Przydziału i głupiego dormitorium, żeby machać różdżką wte i wewte.*

PRAWIE JAK WIECZNE WAKACJE

Mimo, że rodzeństwo robiło sobie ze mnie jaja, telewizor był zawsze zajęty akurat wtedy, kiedy leciał Chojrak Tchórzliwy Pies, a pani z biblioteki nie wierzyła mi, że naprawdę czytam co tydzień tę tonę książek, którą wypożyczam, musicie się chyba ze mną zgodzić, że dzieciństwo to świetna rzecz. Nic nie robienie, brak obowiązków i – co chyba najważniejsze – odpowiedzialności, która czasami chamsko zrzuca się sama na nasz kark, przygniatając do ziemi, sprawia, że okres jest tak antystresowy, jak tylko może być. I… to dobrze. Bo potem człowiek dostaje takiego kopa w dupę, że mało co a i w kosmos piechotą by mógł się wybrać.
A Wy macie jakieś śmieszne wspomnienia z dzieciństwa?
*Teraz do mnie dotarło, że gdyby to napisał facet, to brzmiałoby cholernie dwuznacznie.


O autorce

Jestem Marta i próbuję jednocześnie spełniać marzenia, robić swoje i być dorosła, ale to ostatnie nie zawsze mi wychodzi.