Dlaczego nikt nie chce oglądać ze mną filmów?

Jeśli wydaje ci się, że dziecko, które wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego lub koleś chrupiący popcorn i szeleszczący wszystkim co się da jest największą zmorą jaka cię może spotkać podczas seansu – cholernie się mylisz. Znam kogoś, kto jest gorszy od tej dziewczyny z głową wielką jak tyłek Kim Kardashian, zasłaniającej większość widoku i irytującego gościa, który zawsze przechodzi przed ekranem w trakcie najważniejszego momentu. To ja.I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że nawet mój kot nie chce oglądać ze mn

Jeśli wydaje ci się, że dziecko, które wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego lub koleś chrupiący popcorn i szeleszczący wszystkim co się da jest największą zmorą jaka cię może spotkać podczas seansu – cholernie się mylisz. Znam kogoś, kto jest gorszy od tej dziewczyny z głową wielką jak tyłek Kim Kardashian, zasłaniającej większość widoku i irytującego gościa, który zawsze przechodzi przed ekranem w trakcie najważniejszego momentu. To ja.
I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że nawet mój kot nie chce oglądać ze mną żadnego filmu.

PROBLEM ZACZYNA SIĘ WCZEŚNIEJ

Zacznijmy od tego, że ja naprawdę mam dobre intencje.  Rzucam hasło obejrzyjmy film! i pierwsza lecę robić popcorn i mościć się na kanapie, potajemnie wpychając sobie uprażone ziarnka do ust, tak, jakby ktoś miałby mi się nagle rzucić na miskę niczym Zidane w trakcie mundialu wieki temu i wsypać sobie do gardła, a potem na moich oczach go schrupać.
I na tym, mniej więcej, moja współpraca się kończy, a ludziom zaczyna się podnosić ciśnienie prawie tak, jak podczas oglądania programów na TVNie, przerywanych co pięć minut durnymi reklamami pasztetów, margaryn i – po dwudziestej drugiej – magicznych tabletek na potencję.
Problem zaczyna się już przy wyborze, bo zazwyczaj żadna produkcja mi nie pasuje. Filmy akcji mnie nudzą, komedie nie śmieszą, bajki wprawiają w zażenowanie, a reszty gatunków nikt nie chce oglądać.

WEŹ ZATRZYMAJ

Po pięciu godzinach użerania się ze mną, kłócenia, próbą rzucenia Maćkiem (okazuje się za ciężki) i paru posunięciach zmierzających do zbiorowego samobójstwa, film zostaje wybrany. Myślicie sobie – najgorsze już za nami. No, niestety, nie.
Już dziesięć minut po rozpoczęciu, zaczynam się nerwowo wiercić, aż w końcu wychodzę. Gdzie? Zależy. Zazwyczaj zapominam czegoś z kuchni, lecę po raz dziesiąty siku, idę po dolewkę picia, przypominam sobie o włączonym gazie albo po prostu lecę porozwiązywać sobie funkcję kwadratową. Ot tak, dla rozrywki.

Za każdym razem wiercę się na kanapie, wzdycham, rozglądam, aż wreszcie mówię: hej, zatrzymaj na chwilę! i.. znikam.
Gdy wracam po pięciu minutach, włączam film i moszczę się od nowa, przypominam sobie, że miałam jeszcze pomalować sufit w przedpokoju.
I tak przez cały film.

POŁOWA WYSTARCZY

Prawie zawsze.  Kiedy wreszcie już ludzie przykują mnie do kanapy, żebym nie wychodziła na chwilkę i nie wracała po pięciu latach, potrafię usiedzieć na tyłku tylko do połowy filmu. Nie wiem, dlaczego: po prostu wtedy zaczyna mnie nudzić. Nie chcę denerwować innych oglądających, więc staram się być subtelna: ziewam, wiercę się, kładę, zasypiam, budzę się moim własnym chrapnięciem, z otwartą buzią i śliną na ramieniu mojego chłopaka, udaję atak serca, aż wreszcie, po trzech minutach tego wysiłku, rzucam zirytowana  może obejrzymy to później? 
Nie wiem dlaczego, w tym momencie większość ludzi szlag trafia i słyszę, że jestem najgorszą towarzyszką do seansów, jaka kiedykolwiek chodziła po tym świecie.
No cóż. Ja naprawdę się starałam!