Blondynka w radiu, czyli jak próbuję być Moniką Olejnik.

Jeśli myślicie, że uczucie, kiedy słyszycie siebie w radiu jest bezcenne –  mogę wam z ręką na sercu i szczerością prawie taką, jak u Kristen Stewart zapewniającej, że wcale nie spała z tym reżyserem powiedzieć, że jesteście w cholernym błędzie.Zwłaszcza, kiedy jesteście mną i wasz głos nagrany na cokolwiek brzmi podobnie do rozwydrzonej piętnastolatki, która wsadziła do buzi pięć ziemniaków.Albo sześć. I pieroga do tego. […]

Jeśli myślicie, że uczucie, kiedy słyszycie siebie w radiu jest bezcenne –  mogę wam z ręką na sercu i szczerością prawie taką, jak u Kristen Stewart zapewniającej, że wcale nie spała z tym reżyserem powiedzieć, że jesteście w cholernym błędzie.
Zwłaszcza, kiedy jesteście mną i wasz głos nagrany na cokolwiek brzmi podobnie do rozwydrzonej piętnastolatki, która wsadziła do buzi pięć ziemniaków.
Albo sześć. I pieroga do tego.

TRUDNE POCZĄTKI?

Mówią, że najgorzej jest zaczynać, a potem już leci z górki. W większości sytuacji te powiedzenie zgadza się całkowicie: jak przyjeżdżacie do nowego miasta, to po jakimś czasie uczycie się unikać ciosów starymi torebkami i bardzo niesprawiedliwych posunięć łokciami, zaserwowanych wam przez waleczne babcie, piorące w komunikacji miejskiej wszystko, co miało nieszczęście nie ustąpić z głębokim ukłonem im miejsca.
W szkole szybko łapiecie, jak zadowolić nauczyciela na tyle, żeby żal mu było wstawić wam złą ocenę. W nowym towarzystwie – co mówić, żeby nie wyjść na kogoś, kogo idolem jest Karol Strasburger, razem z rocznym pakietem jego żartów.

W radiu było inaczej.
To nie był rodzaj trudności, jaki spotykasz na sprawdzianie z matematyki, kiedy czytasz zadanie po raz dziesiąty i zastanawiasz się, czy autor był naćpany czy po prostu cholernie złośliwy; nie przypominał też wysiłku fizycznego, kiedy starasz się podnieść jakiś ciężar i orientujesz się, że zaraz wbije ci łydki w podłogę, a twój kręgosłup już nigdy nie będzie w takim kształcie, jak był wcześniej.
To była trudność, którą chcesz podjąć, bo sprawia ci to przyjemność. Coś, jak zjedzenie szpinaku w dzieciństwie po to, by później móc bez żadnych wyrzutów ze strony dbającej o nasze zdrowie mamy przykleić się do czekolady.
Czyli najpierw trochę pomamlać językiem, aby potem poczuć się prawie tak fajnym, jak Nicki Minaj w swoim odjazdowym, błyszczącym kostiumie, w którym jej tyłek przypomina trochę kulę dyskotekową.

JESTEM KROWĘ

Pierwsze zadanie było stosunkowo proste: znaleźć i zredagować wiadomości, które nadawałyby się do serwisu. I o ile to nie zajęło mi dużo czasu, to następne polecenie sprawiło, że mój żołądek zatańczył szaloną salsę, a ja miałam minę podobną do naszej cudownej, zmierzchowej Belli, która całe życie chodzi z otwartą gębą, jakby zapraszała muchy do środka.
Weź to przeczytaj i nagraj.

Znacie to uczucie, kiedy widzicie kogoś, kto wygląda prawie jak Brad Pitt i pyta was, która godzina? To coś w stylu syndromu krowy: mlaskasz językiem, ale nic sensownego nie potrafisz powiedzieć. I chociaż zadanie wydawało się proste – no bo chyba nawet błyszczący swoimi łysymi głowami panowie rzucający fajerwerkami z demonstracji niepodległościowych posiadają taką umiejętność – to ja ją chwilowo zatraciłam.

Pierwsza rzecz, to zapomnienie tego, jak, do cholery, czyta się te wszystkie pieprzone literki. Druga natomiast, to fakt, że czytałam wiadomość niemal tak wyraźnie, jak pewien znany polityk, mający skłonności do głośnego i przesadnego mlaskania.
To nie było jednak najgorsze.
Najgorsze było słuchanie tego w czasie serwisu, stojąc w studiu. Brzmiałam jak pieszcząca się ze sobą i swoim głosikiem nastolatka, połykająca w pośpiechu kilogram pierogów.
No, ale nikt się nie śmiał. A przynajmniej nie przy mnie. Pierwsze koty za płoty, prawda?


EJ, CZEKAJ NO

Zrobienie sondy wydaje się czymś stosunkowo łatwym: przystawiasz po prostu mikrofon Bogu ducha winnym przechodniom i siłą perswazji starasz się zmusić do udzielenia odpowiedzi.
Nie wzięłam jednak pod uwagę faktu, że populacja w Wielkim Mieście składa się z ludzi młodych – co sprawia, że prawdopodobieństwo tego, że będą spieprzać przede mną tak jak mój kot przed wściekłym szerszeniem rośnie w zaskakującym tempie.
Stwierdzam więc, wszem i wobec, że sonda dobrze działa na zmniejszenie tuszy: uwierzcie, pobiegałam sobie prawie tak, jak Bolt podczas swoich treningów, kiedy ucieka przed lwami na boso po sawannie.

W trakcie tego zauważyłam też pewne przekonanie, tkwiące w przechodniach niczym kolczyk w nosie zbuntowanej – już teraz – eks Hannah Montany – myślą, że jeśli na mnie nie patrzą, to ja ich nie widzę, a co za tym idzie – nie zaczepię i nie zadam -na pewno arcytrudnego – pytania.
Biedni studenci politechniki nieco się przeliczyli. Nie dość, że biegłam za nimi dopóki nie stwierdzili, że to bezsensu i stanęli, to jeszcze przeze mnie – a raczej przez swoją chęć ucieczki i upartość – spóźnili się na tramwaj. Jako blond-dziennikarz staję się niebywale okrutna, jak widać. Nawet dla niewinnych studentów.
Powinnam smażyć się w piekle.

Na razie jednak tam się nie wybieram. Za to z pewnością chcę zostać w radiu, bo pokochałam je miłością prawie tak płomienną, jaką biedna Julia żywiła to Romea.
No, chyba że mnie wywalą i skończy się to piękne love story.