Pierwszy dzień w Wielkim Mieście, czyli blondynka próbuje być samodzielna.

Koła pociągu powoli zwalniają z nieprzyjemnym piskiem, a wielka maszyna wydaje z siebie potężny gwizd, zupełnie tak jakby była rozpieszczoną nastolatką, próbującą zwrócić na siebie uwagę. I tak właśnie jest: pociąg trąbi coraz głośniej, jakby wołając hej, już jestem, nastaw wodę na herbatę!Ostatnie mocne szarpnięcie rzuca ludźmi w wagonie, którzy wpadają na siebie, klną pod nosem i próbując w pośpiechu zorientować się, gdzie poleciał ich bagaż. Sile pociągu nie poddała się jedynie młoda dziewczyna, stojąca przy drzwiach – trudno jednak się temu dziwi […]

Koła pociągu powoli zwalniają z nieprzyjemnym piskiem, a wielka maszyna wydaje z siebie potężny gwizd, zupełnie tak jakby była rozpieszczoną nastolatką, próbującą zwrócić na siebie uwagę. I tak właśnie jest: pociąg trąbi coraz głośniej, jakby wołając hej, już jestem, nastaw wodę na herbatę!

Ostatnie mocne szarpnięcie rzuca ludźmi w wagonie, którzy wpadają na siebie, klną pod nosem i próbując w pośpiechu zorientować się, gdzie poleciał ich bagaż. Sile pociągu nie poddała się jedynie młoda dziewczyna, stojąca przy drzwiach – trudno jednak się temu dziwić, bo jej waga z pewnością była podobna do masy małego wieloryba, który ma słabość do powiększonego zestawu z McDonalda.
Wysiadam prawie wpadając w dziurę między pociągiem a peronem, a kręgosłup czuje niezmierną ulgę, kiedy wreszcie kładę walizkę na ziemi. Rozglądam się dookoła i wreszcie dociera do mnie coś ważnego.
Już jestem w Dużym Mieście. I właśnie zaczynam nowy rozdział, tak różniący się od poprzedniego, jak Anja Rubik od sióstr Grycanek. Mamo? Mamo, wróć!
Cholera. 

POCZĄTKI SĄ NAJTRUDNIEJSZE?

Kiedy już wszystko było rozpakowane – razem z matą do tańczenia, którą upchałam w walizce na różne sposoby, poczynając od siedzenia, a kończąc na skakaniu i przytarganiu Maćka, żeby zwiększyć nasz ciężar – usiadłam na kanapie i… pierwszy raz w życiu nie wiedziałam co robić.
W sensie, serio – zawsze coś mamy do zrobienia, prawda? Trzeba nadgonić odcinki 90210, pograć w Simsy, pójść na pocztę albo zrobić sobie herbatę, a w trakcie tego skomplikowane procesu zapomnieć, ile cukru się wsypało i wskutek tego zrobić sobie napój tak słodki, że aż przyprawiający o zawał.
Teraz siedziałam i patrzyłam na nieznane mi ściany czując, że powoli zaczyna łapać mnie depresja wskutek oderwania od matczynego fartucha.
Więc wstałam i postanowiłam coś z tym zrobić.

WYPRAWA PRAWIE JAK Z WŁADCY PIERŚCIENI

Zacznijmy od tego, że jeśli mówicie, że mieszkacie daleko od centrum, to naprawdę nie macie pojęcia, co to znaczy. Jeśli kiedyś słyszeliście bajkę, która zaczyna się za siedmioma górami, za siedmioma lasami… – to właśnie opis tego, gdzie znajduje się moje mieszkanie. Dzięki Bogu, że jakiś mądry człowiek wymyślił komunikację miejską, bo jakbym miała gdziekolwiek wybrać się pieszo, to nie wiem, czy wyrobiłabym się na Gwiazdkę. A przegapienia pierogów z kapustą i barszczu z uszkami chybabym sobie nie przebaczyła.
Kiedy rozchichotani naszym spontanicznym i całkowicie zajeżdżającym totalnym gimbusostwem wypadem wparowaliśmy do Pasażu, wiedzieliśmy, że niekoniecznie pasujemy do tego świata. I tu już nie chodzi o to, że Patryk przy obrotowych drzwiach wchodził godzinę, kręcąc się w kółko i machając do ludzi z przerażającym uśmiechem prawie jak z reklamy Colgate, albo tego, że włączyłam sobie Beatlesów na empikowych słuchawkach i nie chciałam wyjść ze sklepu, śpiewając zza półek do Patryka Oh, darling
I nie chodzi tez o to, że chcieliśmy zakupić tak reklamowane lody Grycana, a skończyliśmy z plastikowymi kubeczkami zawierającymi deser z McDonalda, a w Saturnie próbowaliśmy wynieść wszystkie fajniejsze gry pod moją kurtką… niestety, bez sukcesu. Ale jutro też jest dzień, prawda?

I CHOCIAŻ NIE JEST JAK W DOMU…

Okazało się, że to nie jest koniec atrakcji, jakich chciał dostarczyć nam wczoraj Wrocław. Kiedy wreszcie dowlekliśmy nasze tyłki do klatki, po trwającej pięć wieków i pół jeździe autobusem, okazało się, że nowe mieszkanie wcale nas nie chce, bo drzwi nie chcą się otworzyć.
Nie pomogło ani wklepywanie kodu do domofonu, ani rozpaczliwe błaganie drzwi o otwarcie, nie mówiąc już o niezbyt miłym potraktowaniu ich kluczem. Drzwi odmówiły współpracy, obrażając się prawie jak Lady Gaga, której dali o jedną karkówkę za mało do jej mięsnej sukienki.
I całe szczęście, że w domu była Pani, bo gdyby nie, to pierwszą noc w Wielkim Mieście spędzilibyśmy koczując pod blokiem niczym małżeńska para żuli, prosząc mieszkańców o grosika na kolejne piwko, aż w końcu ktoś poszczułby nas jakimś niezbyt sympatycznym psem, który z pasją obgryzłby nam spodnie.
Kiedy już dostaliśmy się do domu bez pomocy straży i policji, za to z pomocą naszej współlokatorki, rzuciłam się na łóżko i doszło do mnie, że coś tu nie pasuje.
Nie ma na nim czekającego na mnie, mruczącego pod nosem Maćka.
I wtedy zrobiło mi się smutno.