O szaleńcu, który się we mnie zakochał

Dawno, dawno temu, za górami, za wielką, trochę brudną rzeką i morzem zielonych lasów, mieszkał sobie szczęśliwy pan P. Żył niczym król, śpiąc do szesnastej w weekendy, do późna grając w gry, siedząc na fejsie i mrucząc pod nosem niemiłe komentarze na temat wszystkich ludzi na tej planecie oraz co chwila bazgrząc w fotoszopie coś o wiele bardziej ambitnego, niż korekta czyichś pryszczy na zdjęcie profilowe. I dalej byłby, cholera, bardzo szczęśliwy, gdyby nie to, że na jego drodze stanęła blondynka, czyli że ja, oczywiście.No przyszła mała menda, i wszystko mu popsuła. […]

Dawno, dawno temu, za górami, za wielką, trochę brudną rzeką i morzem zielonych lasów, mieszkał sobie szczęśliwy pan P. Żył niczym król, śpiąc do szesnastej w weekendy, do późna grając w gry, siedząc na fejsie i mrucząc pod nosem niemiłe komentarze na temat wszystkich ludzi na tej planecie oraz co chwila bazgrząc w fotoszopie coś o wiele bardziej ambitnego, niż korekta czyichś pryszczy na zdjęcie profilowe. I dalej byłby, cholera, bardzo szczęśliwy, gdyby nie to, że na jego drodze stanęła blondynka, czyli że ja, oczywiście.
No przyszła mała menda, i wszystko mu popsuła.

RATUNKU, BO OSZALAŁ

Wydawałoby się, że pan P. jest normalnym człowiekiem. To znaczy: nie ubiera damskich butów, raczej nie zjada innych ludzi, tak jak wszyscy nienawidzi Justina Biebera i brakuje mu czterech centymetrów, aby mieć dwa metry i móc szorować głową po suficie. Czyli – normalny, zdrowy chłop: i może miałby taką reputację do dziś, gdyby nie to, że wziął i się zakochał. No we mnie, no. Czy mu już ta cola, którą pije litrami, do cna wyżarła wszystkie mądrzejsze szare komórki?

SŁODKO JAK W SŁODZONEJ HERBACIE

Pan P. bardzo mi okazuje swoje przywiązanie – prawie tak bardzo, jak Maciek, kiedy jest głodny i podbiega do moich łydek znienacka, przyprawiając mnie o zawał. Żeby pokazać, jak bardzo się kochamy, pan P. nazywa mnie krową i kanalią, nie lajkuje żadnych moich postów na jego tablicy i co drugi dzień wpycha mi czekoladę, mówiąc, że lubi grube.  A skoro lubi, to ja jem, bo mama mnie nauczyła, że jak dają za darmo i nie muszę żadnych dokumentów podpisywać, to mam brać i spieprzać. To tak robię.

LOW STORY, ŻE JA NIE MOGĘ

Oczywiście, jak na młodą parę, która nawet ma wspólne zdjęcie na fejsbuku przystało, razem z panem P. robimy wiele romantycznych rzeczy, przy których bujanie się na lianach jak w Pamiętniku, czy pilnowanie żółwi morskich w Ostatniej Piosence totalnie może się schować. Bardzo romantycznie, z nastrojową muzyką w tle żremy jak dwie świnie zupki chińskie, oglądamy zboczone kreskówki, gramy w gry i uprawiamy sport, który polega na tym, że kto kogo pierwszy zwali na ziemię, ten wygrywa. Oczywiście, jeśli ląduję jako pierwsza, to naumyślnie. Daję mu fory, żeby nie czuł się źle na myśl o moich potężnych niczym łydki Pudziana bicepsach i kaloryferze prawie tak wielkim, jak piec kaflowy mojej babci.

NIE ZAWSZE JEST TĘCZA

Czasami, kiedy jedno z nas wygrywa zbyt często, albo zbierze więcej monet w Lego: Harry Potter, nasz cudowny związek zalegalizowany statusem na fejsie przeżywa mocny kryzys. Wtedy latają talerze, makaron z zupki chińskiej, którą zgodnie jedliśmy wcześniej i stare skarpetki, a następnie zapada milczenie, podczas którego jedno chce zwalić na drugiego całą winę. Uwierzcie – to nigdy się nie udaje. Mogę dostać ze starej skarpety po twarzy, ale nie przyznam, że to ja coś źle zrobiłam.
Z powodu tego, że pan P. okazuje podobny upór, w pewnym momencie udajemy, że nic się nie stało i… żyjemy dalej.

Bo wiecie – życie jest za krótkie, żeby co chwila dostawać z kulki skarpet w klatę i kłócić się o to, kto będzie grał Ronem, bo nikt nie chce być rudy.
Trzeba znieść fakt, że twoja druga połówka zawsze wyżera ci 3/4 tabliczki czekolady w błyskawicznym tempie i nigdy nie widzi w tym nic złego. Przynajmniej cię kocha… i nazywa wredną krową przy każdej okazji. Piekielnie romantyczne, nie ma co – Titanic ze sceną na dziobie statku może nam pogwizdać.
A gdybym się topiła, to zrobiłabym miejsce panu P. na drzwiach, na których bym leżała niczym jakaś primadonna z nadwagą. Jak na dno, to razem. Co nie?