Dlaczego polska szkoła jest do dupy?

Wszyscy na nią narzekają: uczniowie, którzy wolą siedzieć na fejsbuku, niż odrabiać tysiąc zadań domowych każdego wieczoru, nauczyciele, którzy mają dość tego, z jaką głupotą u niektórych uczniów muszą się codziennie spotykać,  rodzice, którzy dziwią się maciupkim zasobom wiedzy swoich kochanych pociech i ogólnie wszyscy, bo program nauczania jest całkowicie do tej części ciała, którą wszyscy raczej chowają. I chociaż wiadomo, że polska szkoła Hogwartem nigdy nie będzie, to warto się zastanowić, co dokładnie sprawia, że jest gorzej niż źle i […]

Wszyscy na nią narzekają: uczniowie, którzy wolą siedzieć na fejsbuku, niż odrabiać tysiąc zadań domowych każdego wieczoru, nauczyciele, którzy mają dość tego, z jaką głupotą u niektórych uczniów muszą się codziennie spotykać,  rodzice, którzy dziwią się maciupkim zasobom wiedzy swoich kochanych pociech i ogólnie wszyscy, bo program nauczania jest całkowicie do tej części ciała, którą wszyscy raczej chowają. I chociaż wiadomo, że polska szkoła Hogwartem nigdy nie będzie, to warto się zastanowić, co dokładnie sprawia, że jest gorzej niż źle i na pewno nic nie zmierza do tego, by było lepiej?

PO PIERWSZE- UCZĘ SIĘ WSZYSTKIEGO, NIE WIEM NIC

Czyli absurdu początek. O ile szkoła – teoretycznie – ma za zadanie zrobić z nas pełnowartościowych, wykształconych w każdym kierunku ludzi, którzy nie tylko wiedzą jak napisać wiersz zawierający rymy krzyżowe o układzie ABAB, rozwiązać równanie z trzema niewiadomymi i rozrysować budowę reaktora jądrowego, ale jednocześnie doskonale znają się na sztuce, historii i mają rozeznanie, jak bardzo politycy robią nas w konia dzięki znajomości tematów społecznych, o tyle nigdy w życiu placówka ta nie wypluła ani jednego takiego człowieka*. Powiedzmy sobie szczerze – to się nigdy nie udaje. Jedynym skutkiem takiego programu nauczania jest wypuszczenie absolwenta, który uczył się jednocześnie wszystkich przedmiotów, a wyniósł ze szkoły umiejętność rozrysowania wzoru sumarycznego wody, wzoru na drogę zaczerpniętego z lekcji fizyki i jednego sposobu na obliczenia obwodu trójkąta nie używając przy tym linijki. Brawo, jestem pełna podziwu.

PO DRUGIE – NAUCZYCIEL MA MNIE GŁĘBOKO W POWAŻANIU

Oczywiście nie wszyscy, ale przeważająca większość osób odpowiedzialnych za edukację młodych, zaczyna   najzwyczajniej w świecie odbębniać swoją pracę, nie angażując się w nic, co wymagałoby zostania po godzinach. Z tego też powodu coraz więcej konkursów umiera śmiercią naturalną, nastolatkowie są coraz bardziej tępi i pozbawieni jakichkolwiek zainteresowań poza klikaniem lubię to na fejsie, a szkoła w dalszym ciągu produkuje ludzi, którzy nie wiedzą co zrobić ze swoim życiem, więc do końca życia pracują w zawodzie, którego nie znoszą, ale przynosi jakiś tam zysk.
Albo na kasie w supermarkecie z logo przedstawiającym owada. Ale do tego też trzeba mieć pewne chęci, niestety.

PO TRZECIE – UCZĄ NIE TEGO, CO TRZEBA

Podstawa programowa zapewnia uczniom dużo wiedzy, która… nigdy się nie przyda, chyba, że będą kontynuować naukę akurat w tym kierunku. Tym sposobem na fizyce, zamiast odpowiadać na pytanie dlaczego, do cholery, kanapka zawsze spada masłem do podłogi, uczymy się rozwiązywać zadania, których nigdy więcej na oczy nie ujrzymy, chyba, że mamy w planach koszulę w kratę i polibudę. Z chemii potrafimy wymienić wszystkie pochodne alkenów, ale gubimy się w obrazkach zawartych na tylnej stronie opakowania Domestosa. Biologia uczy nas o tym, jak rozmnażają się biedronki, ale nie wspomina, że łącząc dwa konkretne leki możemy odejść z tego świata szybciej, niż Bolt przebiega stówę.

Na historii przerabiamy większość tematów po to, by pod koniec naszego nauczania nie mieć historii współczesnej, bo zabrakło czasu – dzięki czemu w życiu codziennym nie orientujemy się, co się stało, a stan wojenny kojarzymy z 1 września ’39 roku, co jest bardziej absurdalne, niż połączenie czekolady z bananem (jak ludzie mogą to jeść?!).

Wniosek jest jeden – dopóki szkoła się nie poprawi, o swoją edukację musimy zadbać sami, bo nikt za nas tego nie zrobi. I chociaż możemy poznać tysiąc wzorów z matmy, które – na przykład – w moim zawodzie do niczego się nie przydadzą, dopóki sami nie zgłębimy wiedzy rzeczywiście potrzebnej, nie zostaniemy człowiekiem, który choć trochę ogarnia rzeczywistość. A chyba do tego dążymy… nie?

Chociaż myślę, że gdyby szkoła była choć trochę jak Hogwart, to byłoby lepiej. Przynajmniej mogli sobie polatać na miotłach.
I sadzić ludożerne roślinki.

* Nie liczę Hermiony Granger.