Jak blondynka robiła wywiad z gwiazdą

Powiedzieli: zrób. Więc zebrałam się w sobie i zrobiłam, przechodząc wcześniej piekło totalne na poziomie, któremu nie podołałby nawet sam Lucyfer razem ze swoimi czerwonymi kumplami z widłami w kopytach. Nic, że nie miałam transportu, rozmowę nagrywałam moim poobijanym telefonem, a stres zabrał mi co najmniej sześć lat mojego życia, dodał pięciu zmarszczek nad okiem i spowodował, że na sto procent mam wrzody.Ale tak to jest, jak się blondynka zabiera za rozmowy z selebritis! […]

Powiedzieli: zrób. Więc zebrałam się w sobie i zrobiłam, przechodząc wcześniej piekło totalne na poziomie, któremu nie podołałby nawet sam Lucyfer razem ze swoimi czerwonymi kumplami z widłami w kopytach. Nic, że nie miałam transportu, rozmowę nagrywałam moim poobijanym telefonem, a stres zabrał mi co najmniej sześć lat mojego życia, dodał pięciu zmarszczek nad okiem i spowodował, że na sto procent mam wrzody.
Ale tak to jest, jak się blondynka zabiera za rozmowy z selebritis!

JA? CZYLI CZĘŚĆ PIERWSZA O TYM, JAK BIEGAŁAM W PANICE W KÓŁKO I ZBIERAŁAM NA SAMOCHÓD.
Lubię wyzwania. Naprawdę. Jestem jednym z tych kujonów, które w liceum zgłaszały się do każdego projektu naukowego i próbowały brać udział w pięćdziesięciu konkursach na raz – bo oczywiście, mam za dużo wolnego czasu i nie mogę sobie po prostu siedzieć przed kompem i pograć w gierki na fejsie.

Kiedy więc usłyszałam, że będę miała okazję zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam – czemu nie? Co z tego, że koncert jest w innym mieście, a ja nie posiadam żadnego środka lokomocji, bo raz-  samochodu nie mam, dwa: autobusy na taki koniec świata naprawdę w weekendy nie jeżdżą, a trzy – znam się tak na jeździe na rowerze, jak mój kot na diecie… jeśli kiedyś zobaczycie blond szopę, która wpakowuje się rowerem w środek skrzyżowania i nie rozumie, dlaczego wszyscy na nią trąbią, a potem wjeżdża na rondo i robi pięć kółek, bo nie wie, co zrobić – to na pewno będę ja. Stuprocentowo.

     
       Po telefonie do menedżera, od którego nie dowiedziałam się w sumie niczego  i nie umówiłam się na konkretny termin, zaczęłam żebrać o podwózkę. Dzwonię do szwagra, a ten dwieście kilometrów od domu na wakacjach. Dzwonię do brata, a ten zajęty i nie będzie mógł w niedzielę podrzucić mojego zacnego tyłka do miejsca docelowego. Znajomi na wczasach, opalając się na skwarki, lub pracując dla obcokrajowców (ekhm, ekhm, Londyn!).  Nadzieja w chłopaku, jednak nawet jego rodzice nie wiwatują chorągiewkami i nie cieszą się, że będą mogli przewieźć takie cudo jak ja.

Przyznam wam, że byłam już tak zdesperowana, że chciałam wyruszyć z samego rana – koncert był w godzinach wieczornych – na własnych nogach, obutych w tenisówki za dychę, które wszyscy, którzy byli w Primarku sprzedają na allegro. Myślałam też o rowerze, ale wizja mnie rozjechanej na placek tak, jak prasowanka na koszulce niezbyt przypadła mi do gustu, a co więcej, kłóciła się z moimi planami na przyszłość, które zakładają stado dzieci, wybitną karierę, kupę kasy i dom z ogrodem.

I kiedy rano, w dzień koncertu, chlipałam rodzicielce do ramienia, że z moim wywiadem katastrofa większa, niż z dietetycznymi hamburgerami z McDonalda, zadzwonił telefon od chłopaka, że prośbami na kolanach, groźbami cichego morderstwa oraz obietnicami oddawania swojej pensji przez kolejne dziesięć lat wyprosił rodziców, by służyli za taksówkę.

I dzięki temu wreszcie możemy przejść do części drugiej.

CHOLERA, GWIAZDA MI UCIEKŁA! CZĘŚĆ DRUGA: JAK TO SIĘ DZIEJE, ŻE PIOSENKARZ POTRAFI ZWIAĆ CI SPRZED NOSA


Kiedy po wielu stresach, pięciokrotnym przebieraniu się – problem roku w klimatach mój Boże, nie mam co ubrać, ale stoję przed pełną szafą – ruszyliśmy, kamień spadł mi z serca. Bo co niby teraz może się stać?
No, okazało się, że na przykład, tak czysto teoretycznie, osoba, z którą masz zrobić wywiad, może uznać, że sobie pójdzie. 

Przyjeżdżam na miejsce, pytam o niego, a organizatorzy mówią, że… pojechał i przyjdzie tuż przed występem. Czy to wystarczy, żeby zestresować dziennikarza? Na pewno nie. Ale prawie-dziennikarzowi, który w dodatku ma włosy w kolorze blond wystarczy, żeby dostarczyć mu dwudziestominutowego ataku paniki i kręcenia się po całym polu imprezy, desperacko zastanawiając się, co zrobić. Uciec za granicę i zmienić tożsamość? Wmówić ludziom z redakcji, że im się pomyliło i koncertu wcale nie było? Zwalić wszystko na UFO, które porwało gwiazdę i zrobić kosmiczne kręgi na trawie kosiarką zakupioną w MediaMarkt, który sprzedaje sprzęt nie dla idiotów?

W końcu zdecydowałam się na jeszcze inną opcję – koczowanie przy wejściu na wjeżdżające busy, co okazało się być słusznym rozwiązaniem. Kiedy na horyzoncie pojawił się biały pojazd, uwierzcie mi – na pewno pobiłam rekord życiowy na dwieście metrów, bo tak szybko za nim szłam, że równo z autem znalazłam się pod sceną. Chwila stresu, odsunięcie sobie barierki i wytłumaczenie ochronie, że nie jestem terrorystą, który chce podrzucić bombę ani psychofanem, który zamierza zgwałcić piosenkarza  – i droga wolna.  Udało się… chyba. Czy to normalne, że mam nogi jak z waty, a notatnik prawie mi wypada, bo nagle moje ręce są bardziej mokre, niż ciało ślimaka?


CZĘŚĆ TRZECIA I OSTATNIA, CZYLI NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY, JAK GO MALUJĄ I NIE TAKI JEZUS BRZYDKI, JAK GO PANI W HISZPANII NARYSOWAŁA


Po raz kolejny okazało się, że strach ma oczy prawie tak wielkie, jak Katy Perry. Menedżerka okazała się być bardzo miła, Kamil Bednarek był najzwyczajniejszym młodym człowiekiem, który mówił no i przeeestań, równie często, jak wszyscy moi znajomi. Wywiad był krótki, miły i przyjemny, a ja… cóż, dumna jak paw, który dokupił sobie w sklepie fajniejsze piórka, żeby chwalić się swoim wielkim ogonem i wyrywać ślicznotki na kolorowe oczka.

Poza tym, znowu doszło do mojego blond łba, że nieważne ile wrzodów mi to narobi – ja naprawdę kocham ten zawód i chcę go wykonywać tak długo,  jak będę mogła*.

* Czyli po moim poziomie stresu każdego dnia zejdę z tego świata za niecałe dziesięć lat, także kariery raczej nie rozwinę. **
** I nie jem warzyw, czyli zostało mi osiem lat. Cholera. Chyba, że.. ziemniaki to warzywo, więc się liczą, nie?