Blondynka w Wielkim Mieście.

W życiu prawie każdego człowieka nadchodzi czas, kiedy wyrastają mu skrzydła i macha nimi jak wariat, bo chce wylecieć z rodzinnego gniazda tak szybko, jakby palił mu się grunt pod nogami. Jednak zanim to zrobi, stoi w szerokim rozkroku: jedną nogą w domu, drugą na studiach.  I ja też stoję w pozycji gotowej w każdej chwili do szpagatu, bo godzina zero wybija już niedługo.Duże Miasto, nadchodzę! Katastrofa jest już blisko. I niestety, ma blond włosy. […]

W życiu prawie każdego człowieka nadchodzi czas, kiedy wyrastają mu skrzydła i macha nimi jak wariat, bo chce wylecieć z rodzinnego gniazda tak szybko, jakby palił mu się grunt pod nogami. Jednak zanim to zrobi, stoi w szerokim rozkroku: jedną nogą w domu, drugą na studiach.  I ja też stoję w pozycji gotowej w każdej chwili do szpagatu, bo godzina zero wybija już niedługo.
Duże Miasto, nadchodzę! Katastrofa jest już blisko. I niestety, ma blond włosy.

PODBIJAĆ ŚWIAT!

Plan był prosty: wsiadam w pociąg, trzymając kurczowo torbę i kątem oczu łypiąc na wszystko w poszukiwaniu sztucznego tłumu (bo nalepki z rysunkami na dworcach każą takowych unikać),  potem jadę, a jadę szybko, bo nowy szynobus chętnie rozwinąłby prędkość światła, więc co chwila muszę uważać i prosić maszynistę, żeby przystopował i niechcący nie zagiął tą szybkością czasoprzestrzeni i nie przeniósł nas do przyszłości. Prosić też muszę ludzi, ale o to, żeby albo trochę kilo zrzucili, albo w jakiś sposób przykleili się do ściany tak, abym wreszcie przestała bawić się w zaawansowaną jogę, próbując tak bardzo się zwinąć, żeby być jeszcze mniejszą, niż jestem.Bo nie tylko ja wpadłam na genialny w swojej prostocie pomysł zawieźć papiery własnie dzisiaj. Wpadła na to, do cholery, połowa Polski. Mogliście sobie odpuścić, serio. 

WREDNE I SWOJSKIE

To właśnie tu. Moje stopy stanęły na świętej, dziennikarskiej ziemi uczelni, tuż przed gabinetem informatycznym przerobionym naprędce w pokój komisji rekrutacyjnej. Przed nim dwie nieznane mi dziewoje, w środku jeszcze jedna bejbe, która właśnie załatwiała sobie byt na moim kierunku. Próbuję uśmiechnąć się do moich potencjalnych koleżanek, jednak odpowiadają mi spojrzeniami wrednych zołz, tak, jakbym zjadła ich kota, polewając go sosem czosnkowym i prażoną cebulką,którą tonami dodają do hamburgerów na dworcu.
A więc takie będą moje znajome – ze żmijowatym spojrzeniem i miną skrzywioną jak przy gryzieniu kilograma cytryn. Wredne to na pewno, obrabiać dupę lubi. To dobrze – dogadamy się. Swój swego zawsze pozna, czyż nie?

HOME, SWEET HOME

Oglądanie mieszkań było już banałem: na samym wejściu nie spodobała mi się twarz właściciela, który wyglądał jak połączenie wkurzonego Snape’a z Voldermortem. Gniazdko, w którym miałam spędzić pierwszy rok mojego prawie-samodzielnego życia, opierającego się na nadmiernym imporcie słoików z mielonymi mamy do mojej lodówki, też na pewno nie wygrałoby konkursu na przytulny domek: całe drewniane, kanciaste, z dziwnymi oknami, które wyglądały tak, jakby miały się rozlecieć przy pierwszej okazji i prawie pustymi pokojami. Wyglądało raczej na melinę pana Heńka z wieczną Amareną w ręce, stałego pod-Biedronkowego bywalca.

PRAWIE JAK W DOMCIU

Po głowie chodziły mi myśli, które nie należały do najweselszych: szukałam w zakamarkach pamięci numeru do wypożyczalni namiotów, żebym miała gdzie spać w czasie studiowania. Okazało się jednak, że Duże Miasto mi sprzyja, i nie całą godzinę później piszczałam z radości, oglądając mieszkanie, które z pewnością mogłoby być moim domem. Drugim, co prawda, mniejszym na pewno, dzielonym i z pustą lodówką, ale moim. Własnym. I, dzięki Bogu, nie wyglądało jak melina pana Heńka ani miejsce, w którym grzyb spotyka się ze swoją przyjaciółką, wilgocią. Było okej. Naprawdę.
I nawet miałabym sporo miejsca, by robić wszystkie dziwne rzeczy, które zawsze robię, kiedy mi nudno. Z tańczeniem kankana do rosyjskiego hymnu włącznie.