Mamy w dupie własną prywatność.

Bez mrugnięcia okiem podajemy wszystkie swoje dane – bezmyślnie wklepując nazwisko, adres, pracę i ilość posiadanych psów. Wrzucamy zdjęcia w bieliźnie, w bikini, w domu i w jego otoczeniu, przy swoim samochodzie i ze swoją całą rodziną. Dzielimy się każdym wydarzeniem z naszego życia: urodzinami dziecka, zdanym egzaminem, ukradzionym portfelem, uczuciem głodu, zakochaniem, zerwaniem i tym, że nasz kot wreszcie nauczył się obsługiwać kuwetę.  I kiedy wreszcie spotykamy się z przyjaciółmi i chcemy im przekazać jakąś wiadomość, ze znudzeniem odpowiadają: wiem […]

Bez mrugnięcia okiem podajemy wszystkie swoje dane – bezmyślnie wklepując nazwisko, adres, pracę i ilość posiadanych psów. Wrzucamy zdjęcia w bieliźnie, w bikini, w domu i w jego otoczeniu, przy swoim samochodzie i ze swoją całą rodziną. Dzielimy się każdym wydarzeniem z naszego życia: urodzinami dziecka, zdanym egzaminem, ukradzionym portfelem, uczuciem głodu, zakochaniem, zerwaniem i tym, że nasz kot wreszcie nauczył się obsługiwać kuwetę.  I kiedy wreszcie spotykamy się z przyjaciółmi i chcemy im przekazać jakąś wiadomość, ze znudzeniem odpowiadają: wiem, widziałem na fejsie. Sprzedaliśmy swoją prywatność za kilka lajków. Po co nam realne życie?

RZECZ PIERWSZA: DANE

Jeszcze kilka lat temu, gdy wszyscy straszyli tym, że w internecie trzeba być ostrożnym, informacje na swój własny temat podawaliśmy z dystansem. Teraz panuje istna samowolka: adres, numer telefonu, ilość zarabianych pieniędzy czy to, jak aktualnie miewa się twój związek – wszystko możesz znaleźć.. bo sam to kiedyś wklepałeś. Ludzi w sieci odnajduje się błyskawicznie – bo każdy z nas udostępnia wszystko, co go dotyczy.

RZECZ DRUGA: WPISY

Informujemy o wszystkim – o tym, co jest na obiad, jakiego porąbanego człowieka widzieliśmy w tramwaju i  że dzisiaj pada deszcz (w razie gdyby znajomych przetrzymywano w piwnicy). Z wall’a można się także dowiedzieć jaki był wynik meczu, kto wygrał w X Factor i jaki film leci na Dwójce. Po co komu portale informacyjne, skoro jest tablica na fejsie?
Jednak od wpisów czysto informujących o wiele ciekawsze są te filozoficzno-egzystencjonalne: życie jest złe:(, nienawidzę facetów!, znów wkurzony/a! lub zawierające błyskotliwe podsumowanie dnia: ja pie*dole. Kiedy zaś ktoś będzie na tyle zainteresowany, że z troskliwością skomentuje: co się stało? zazwyczaj dostaje odpowiedź: nie chcę o tym rozmawiać albo to prywatna sprawa. Jeśli tak, to na cholerę piszą o tym tam, gdzie każdy może to przeczytać? 

RZECZ TRZECIA: ZDJĘCIA

Pogódźmy się z tym: kieruje nami próżność. Każdy chce usłyszeć miły komentarz na swój temat, a dodanie zdjęcia z naszą cudowną twarzą na pierwszym planie na pewno to umożliwia. Kiedy jednak jesteśmy za bardzo entuzjastyczni w tym wrzucaniu, zaczynamy innym działać na nerwy. Siedemdziesiąt zdjęć w albumie, z których każde przedstawia tą samą osobę – właściciela profilu – to o sześćdziesiąt dziewięć  fotek za dużo. Hej, twoi znajomi wiedzą jak się prezentujesz: widzą cię na tyle często, że pamiętają, jak wyglądasz z lewego i prawego profilu, z góry, z dołu, jak leżysz, siedzisz, jesz i smarkasz

ALE MIAŁO BYĆ O PRYWATNOŚCI…

No właśnie.  Podając każdy szczegół z naszego życia sprawiamy, że przestajemy mieć jakiekolwiek tajemnice. Znajomi wiedzą, kiedy twoje dziecko po raz pierwszy usiądzie na nocnik, niemiła wymiana komentarzy z kumplem poinformuje ich, że się nieźle poprztykaliście, a zdjęcia z imprezy, której nawet nie pamiętasz wydadzą twoje skoki w bok. Sens traci wyjście na piwo żeby pogadać, bo wszyscy wszystko już wiedzą. Mało kto jest na tyle sprytny, żeby cokolwiek ukryć. Światu nie potrzebne już są plotkary i poczta pantoflowa: wystarczy internet