Nie piszę, bo nie jest u mnie dobrze.

Obiecałam sobie, że ten blog będzie pozytywnym miejscem. Było więc cicho, bo ostatnio oprócz narzekania nie mam nic więcej do powiedzenia. Co jest bardzo smutne, ale prawdziwe. Od tygodni mielę to w sobie, próbuję coś napisać i nie mogę, bo za bardzo myślę o czymś innym.

Jakoś mam w głowie, że nie powinno się narzekać. Wiem też, że pewnie nikt tego nie chce czytać. Ale czuję też, że dopóki nie wypluję z siebie tego wszystkiego, to będzie tu pusto, bo chociaż miewam momenty uśmiechu i jestem w stanie napisać motywujący cytat na instagramie, to nie jestem w stanie wyprodukować artykułu o szczęściu.

Moja kondycja psychiczna – jest marna. Bardzo długo nie chciałam dopuścić tego do swojej świadomości. Ciągle powtarzałam sobie, że to tylko taki dzień, że jutro przejdzie, że odpocznę i wróci do normy, że to tylko dzisiaj mi smutno, a nie że w ogóle. Że dzisiaj jestem zmęczona, ale jutro już odpocznę…

Czy odpoczęłam? Nie. Czy było mniej smutno? Także nie. Nie chodzę smętna cały czas. Chodzę przybita. Dobija mnie ogrom rzeczy i brak kontroli. Zżerają mnie nerwy, bezradność, a syrop z melisy piję jak alkoholik wódkę. „No to siup” i do gardła. Byle serce tak przestało szybko bić. Byle ręce się nie trzęsły. Żeby chociaż chwilę nie czuć tego uczucia przytłoczenia, tego chaosu i tego poczucia, że lecisz w błyskawicznym tempie prosto w dziurę i nie możesz nic z tym zrobić – tak jak czasami przed snem, kiedy leżysz w łóżku, wydaje ci się, że spadasz. Dokładnie tak samo.

Sama się nie chciałam przed sobą przyznać, bo chyba ostatnią osobą, którą można posądzić o doła, jest Marta, prawda? Nawet sama tak uważałam. Że nie mam prawa. Ja?

Dołuje mnie to, że nie mogę czegoś oddelegować, przesunąć, bo to nie tak, że wzięłam za dużo, chociaż na początku tak myślałam. Obwiniałam się, że nachapałam się łapczywie rzeczy, a teraz cierpię. I ludzie też mi tak mówili: bo ty robisz, bierzesz za dużo. Musisz wyluzować.
Jedyne rady, jakie słyszę? Wyluzuj, odpocznij, olej, daj spokój, wzięłaś za dużo, wszystko nie musi być perfekcyjne, nic się nie stanie, jak czegoś nie zrobisz.

To nie tak.

Natłok rzeczy to jedno. Z pracą zawsze można sobie poradzić. Jestem w dupie, bo zdarzyło się życie – bywa. Niezależnie ode mnie poprzesuwały się różne terminy i zamiast ładnie rozłożyć się w czasie, wszystko się nawarstwiło. Mimo to, w porządku – to nie jest takie najgorsze.  Chociaż się nie wyrabiam, spóźniam, powoli jakoś dałabym sobie ze wszystkim radę. Kroczek po kroczku. Ale to nie to mnie tak przytłacza. Do tego doszło coś jeszcze.

To, co mnie zdołowało, to ludzie.

WSZYSCY CHCĄ MNIE…

Oszukać. Naciągnąć. Wykorzystać. Nie wiem, która opcja jest gorsza, ale doświadczam wszystkich na raz. Kilka razy w ciągu dnia, codziennie, dzień w dzień. W połączeniu z za dużą ilością rzeczy, których nie da się oddelegować – nie ma nic bardziej dołującego. Mam wrażenie, że nie mam nad niczym kontroli, że nie dość, że mnóstwo na głowie, to jeszcze wszyscy narzucają mi terminy i kolejne zadania i nikogo nie obchodzi, co ja o tym myślę.

Ostatnie tygodnie to jakiś maraton, a ja mam już dosyć. Nie wiem o co chodzi – czy to wynika z rośnięcia Codziennie Fit, czy po prostu z tego, że muszę coraz więcej czasu pracować z ludźmi, a nie sama.

Pierwsza rzecz: ludzie próbują na mnie coś wymusić. Nie pytają mnie o zdanie, tylko stawiają mnie przed faktem dokonanym, biorąc za pewnik, że ja coś zrobię (dla doprecyzowania – coś, co po pierwsze, zazwyczaj robię za pieniądze, po drugie – coś, na co też muszę mieć chęć). Dodatkowo są w tym bardzo namolni. Żądają czegoś bez pytania mnie o zdanie i potem mnie maltretują telefonami, mailami. Na spotkaniach stosują gadki marketingowe rodem z jakiegoś wideo autorstwa coachów motywacyjnych. Rzucają datami i mieszają w głowie – bywa, że po kilku takich telefonach i mailach ZGADZAM SIĘ. Bo jestem głupkiem. Bo jestem za miła. I bo po kilku telefonach w tygodniu marzę tylko o tym, żeby telefon przestał dzwonić.

Druga rzecz: ludzie próbują mnie też oszukać. Kłamią, i często te kłamstwa szyją tak grubymi nićmi, że jestem w stanie wsadzić palec w szew. Kłamią mnie w żywe oczy, próbując usprawiedliwić samych siebie. Próbują też wmówić mi, że zgodziłam się na coś, na co się nie zgodziłam, albo ukradkiem coś przeszmuglować w umowie, tak, żebym się nie zorientowała, ale żebym ją podpisała i żeby klamka zapadła.

Trzecia rzecz: ludzie próbują mnie wykorzystać. Milion ludzi chce ode mnie milion rzeczy, bo chodziliśmy razem do podstawówki, bo znamy się z jednego blogerskiego eventu (a wcześnie nawet nie mówili mi „cześć”), albo bo wysłali mi produkt za 10 złotych i teraz powinnam, gnębiona telefonami i wyrzutami sumienia, pisać o nim w internecie na prawo i lewo. Weź udostępnij to, załatw tamto, napisz o tym, o tamtym. Nikt mnie nie pyta o zdanie, wszyscy tylko żądają albo piszą w trybie rozkazującym, tak, jakby oczywiste było, że ja się na to zgodzę. I ciągle to pytanie: to kiedy?

KIEDY? KIEDY? KIEDY TO ZROBISZ, MARTA? ZROBIŁAŚ TO JUŻ?

I mam już po prostu dosyć. Nie wiem tylko, czego bardziej: tych sytuacji, czy duszenia tego w sobie. Nie wiem, co mam o tym myśleć i jak się na to uodpornić, bo niestety nie jestem jedną z tych, co mają twardą dupę. Ja raczej jak Czerwony Kapturek, idę za wilkiem, bo przecież jest miły. A potem mnie zjadają, tyle, że żaden myśliwy nie przychodzi na ratunek, za to do chaty wbija kolejny wilk.