Mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. To bzdura. W biedzie łatwo o znajomych. Łączy was przecież dużo: można razem ponarzekać na świat albo poużalać się nad sobą. Kiedy nie wychodzi, przyjaźnić się jest łatwiej: można posłuchać jak twojemu znajomemu życie się wali, poklepać go po plecach i cieszyć się, że ty masz lepiej.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się wtedy, kiedy coś ci zaczyna wychodzić.
Bo wtedy nagle okazuje się, że twoja ukochana paczka, zgrany skład, najlepsi kumple nie mogą znieść tego, że wszystko u ciebie w porządku.

Spełniam właśnie jedno ze swoich największych marzeń. To znaczy: tak naprawdę jeszcze dogaduję szczegóły, ale już ekscytuję się na prawo i lewo. Nie mogę jeszcze powiedzieć wam, o co dokładnie chodzi, ale generalnie jest to jedna z takich rzeczy w życiu, na które mówi się: wow, ale fajnie i o którą nie tylko ludzie z branży uważają za coś dużego, ale także wszyscy inni. Po prostu, jak ktoś to robi, no to jest szacun i lecą korki z szampana, kolorowe balony, a koty tańczą makarenę.

Kiedy dowiedziałam się, że mój pomysł się przyjął i że moje marzenie osiągnęło status: zaczynamy spełnianie, jedną z pierwszych rzeczy, którą zrobiłam, było napisanie do wszystkich ważnych ludzi w moim życiu, żeby się tym podzielić.

I to była najlepsza weryfikacja znajomych, jaką mogłam zrobić.

LUDZIE DZIELĄ SIĘ NA TRZY GRUPY

Generalnie, jeżeli ktoś chciałby przeprowadzić test na dobrego przyjaciela, to wystarczy wymyślić sobie jakiś sukces (awans, duży przelew, wygraną w totka, osiągnięcie czegoś) i rozpowiedzieć to tym, których chcemy sprawdzić. Bo reakcje są trzy.

Pierwsza grupa ludzi, którym o tym opowiedziałam, prawie się posikała ze szczęścia. Cieszyli się tak, jakby to marzenie było ich i właśnie byli w trakcie ich spełniania. Gdyby mogli, pobiegliby do sklepu po fajerwerki i puścili je pod moim oknem. Tak mnie tym wzruszyli, że chciałam ich wszystkich naraz uściskać. Na zmianę pytali mnie o szczegóły, gratulowali i wykrzykiwali niewybredne słowa, o których lepiej nie będę tutaj mówić, bo wolę jednak na blogu udawać, że jestem wychowana i nie znam takich zwrotów, oznaczających jednocześnie radość/ból/szok/niedowierzanie/szczęście/nieszczęście i wszystko inne.

Druga grupa ludzi, to grupa w stylu zmartwionych rodziców. A czy ktoś mnie nie oszuka? A czy to na pewno się uda? A czy ja sobie dam radę? Kiedyś przejmowałam się tym typem reakcji i brałam to strasznie do siebie, ale teraz myślę sobie, że jak chcą, to niech się martwią. Pokażę im, że dam radę. 🙂 Nie mam im tego za złe: zależy im na mnie i martwią się, żebym się nie rozczarowała. Nie jest to najlepsza reakcja na świecie, ale zawsze jakaś.

I trzecia grupa ludzi, to ludzie, na których najbardziej mi zależało, a którzy najbardziej mnie rozczarowali. To bardzo bliskie osoby, które po usłyszeniu, że będę realizować swoje marzenie, zmieniły temat. W trybie natychmiastowym.

Nie zrozumcie mnie źle: żeby nie było, nie chodziło mi o to, żebyśmy całymi dniami rozprawiali o tym moim marzeniu i tym, co się w moim życiu dzieje. Osoby, które mnie znają osobiście wiedzą, że raczej nie mówię za dużo o sobie konkretnie. Ale to było coś w tym stylu:
JA: HEJ, JESTEM W CIĄŻY!
ONI: A, OK. A JA DZISIAJ BYŁAM W SKLEPIE I KUPIŁAM SOBIE SPODNIE. HEJ, MYŚLISZ, ŻE BĘDZIE BURZA? BOŻE, JAKI MIAŁAM OKROPNY DZIEŃ W PRACY.

(Mamo, nie denerwuj się, nie jestem w ciąży. To tylko przykład.)

Za pierwszym razem myślałam, że może wiecie, internet zawinił, przekaz gdzieś się zagubił, chwila była nieodpowiednia, no cokolwiek. Więc stwierdziłam, że na razie przymknę na to oko i postaram podzielić się tym w innym terminie. Stanęło na spotkanie twarzą w twarz. Rozmawiamy o tym co u nas, słucham opowieści z pracy i o dzieciach, gadania o najnowszych zakupach i kłótniach z małżonkiem. Kiedy nadchodzi chwila na moją opowieść, mówię z przejęciem:
JA: No, udało się! Dogadałam się i jestem w ciąży.
ONI: Mhm, a jak tam Nitka? Hej, co zamawiasz? Pijemy wino czy sok?

Ostatni raz zlała mnie tak pani w sklepie, kiedy miałam sześć lat i próbowałam coś kupić, ale lada mnie zasłaniała i nie było mnie widać.

DOBRZE, JAK CI JEST NIEDOBRZE

Wróciłam do domu przygnębiona i zastanawiałam się o co chodzi. Dlaczego nie chcieli nawet o tym rozmawiać? Przypomniałam sobie wszystkie nasze rozmowy i dotarło do mnie, że było tak za każdym razem, kiedy coś mi wychodziło. Marta przychodzi z fajną wiadomością – udajmy, że jej nie widzimy. Pogadajmy o czymś innym.

Prawdziwie pasjonującym ich tematem były, na przykład, moje porażki. Kiedy w tamtym roku miałam problem z zaliczeniem przedmiotu i nie byłam pewna, czy zdążę na czas. Albo kiedy pokłóciłam się z Patrykiem. Albo kiedy coś tam mi się stało. Ogólnie rzecz biorąc, kiedy mnie nie szło, to rozmowa była dla nich najciekawszą możliwą rzeczą na świecie.

STARCZY DLA KAŻDEGO

Nie mogłam tego zrozumieć. Widzicie: ja nie jestem aniołem. Nie zazdroszczę z reguły ludziom, ale czasami mi się zdarza. Patrzę na kogoś, widzę jak osiąga coś/ma coś co ja chciałabym mieć i też czuję zazdrość. I ta zazdrość motywuje mnie do tego, żeby działać dalej i robić swoje. Nie myślę sobie nigdy: a żebyś sobie nogę złamał. Albo: ale z niej głupia baba, bo ma takie fajne, swoje mieszkanie, a ja muszę siedzieć na wynajmowanym. Co mi to da, że komuś będzie gorzej?

Już dawno przekonałam się, że świat jest taki duży, że starczy dla wszystkich, wystarczy to dobrze rozegrać. To jak z czytelnikami na blogach: polecam w Piątku z Martą blogi, bo przecież to, że czytacie mojego bloga, nie znaczy, że sobie pójdziecie, jeśli polecę kogoś innego. Przecież można czytać więcej, niż jeden blog, na litość boską! Ktoś więc może dzięki mojemu poleceniu zyskać czytelników, ale ja na tym nie tracę, bo oni ode mnie nie uciekają.

I tak jest w prawie każdej dziedzinie życia. Nic nie tracisz na tym, że komuś życzysz dobrze i jesteś w stanie cieszyć się z czyjegoś szczęścia. A nawet patrząc czysto interesownie i całkowicie niemoralnie, lepiej się wyjdzie na tym, by podpiąć się do kogoś i odcinać od jego sukcesów kupony, niż nienawidząc go, życząc mu źle albo cieszyć z jego porażek.

NIE MA PRZYJAŹNI BEZ ŻYCZENIA SOBIE DOBRZE

Nie wierzę w to, że można przyjaźnić się i nie cieszyć się z czyjegoś szczęścia. To nie jest dla mnie przyjaźń. Przyjaciele są jak rodzina: przecież kiedy mojej siostrze czy mojemu bratu coś wychodzi, to pierwsza mam ochotę wybiec do świata z koszulką z nadrukowanym ich imieniem! Logiczne. Kiedy wychodzi coś mojemu chłopakowi, tacie albo właśnie przyjaciołom – CIESZĘ SIĘ. Bo to tak, jakby udało się mnie.

Przyjaźnić w biedzie się łatwo. Można komuś pomóc i odgrywać rolę łaskawego pana. Można słuchać, jak ktoś się potyka raz za razem i pocieszać. Ale sztuką jest przyjaźnić się w szczęściu.

Sztuką jest słuchać o tym, że komuś świeci słońce, kiedy tobie wieje w twarz i jeszcze się z tego cieszyć.