Siedzę. Obiecuję sobie, że zaraz się zbiorę i zacznę. Naprawdę. W międzyczasie robię pięćdziesiątą herbatę, sprzątam niewidzialny pyłek z podłogi, sprawdzam dziesiąty raz maila i jeszcze raz odświeżam fejsa, bo może w międzyczasie, kiedy ja się zbierałam, zdarzyło się coś ważnego. Na przykład koniec świata, albo ślub Miley Cyrus.
Niestety nic.
Czemu w tych gadkach o spełnianiu marzeń nigdy nie ma czegoś o ciężkiej pracy przed i o tym, jak cholernie, ale to cholernie trudno jest ZACZĄĆ robić cokolwiek?

Najpierw sobie powiedziałam, że zacznę w poniedziałek. Poniedziałek jest, ogólnie rzecz biorąc, dobrym dniem na zaczęcie czegokolwiek. Kojarzy się nam z czystą kartą, nowym tygodniem i innymi pierdołami, które w jakiś sposób są dla nas ważne, kiedy cokolwiek zaczynamy, nieważne, czy jest to dieta, szkoła, czy może nowy związek. Zaczynanie nowych rzeczy w inny dzień tygodnia niż poniedziałek jest przecież bez sensu: to jest takie na pół gwizdka.

No więc jest poniedziałek. Poniedziałek to taki mini nowy rok, nie?

Tylko jakoś nie działa.

Zdążyłam zrobić herbatę, zjeść dwa posiłki (ten drugi trochę z nudów), posprzątać kuchnię, uporządkować książki na półce, pójść do sklepu po magiczne chrupki dla kota, które mają sprawić, że nie będzie miał kłaczków i obejrzeć kolejny odcinek Seksu w wielkim mieście, by utwierdzić się w przekonaniu, że jeśli jeszcze przez minutę nie ruszę dupy z krzesła, to zamiast zostania pełną sukcesów Samantą, stanę się raczej rozlazłą kulką zawiniętą w koc.

Postraszyłam się trochę, pokrzyczałam na siebie w duchu i… dalej nic.

Wiele osób myśli, że jeśli czegoś się nie chce, to znaczy, że tak naprawdę tego nie lubimy/to nie jest nasza pasja/okłamujemy siebie i tak dalej. Bzdura. Lubię naprawdę to co robię. Lubię pisać. Lubię też trenować. Ale czasami nawet wołami nie da się mnie zmusić. Zwłaszcza wtedy, kiedy zaczynam coś nowego. Bo w pewien sposób, to mnie po prostu przeraża.

Z jednej strony bardzo chcę mieć jakiś projekt, z drugiej – nie potrafię zacząć. Zrobić pierwszego kroku. Iść w stronę tych moich marzeń, bo ta droga wcale nie wygląda zachęcająco. Nie jest usłana różami, jest usłana kubkami pełnymi niedopitych herbat i godzinami zwykłej, rzemieślniczej pracy. Fajnie się zbiera oklaski i gratulacje, trochę gorzej jest rozpocząć pracę, by je wreszcie usłyszeć.I tak jest właśnie z marzeniami. Fajnie by było je realizować, tylko jakoś cholernie zrobić ten pierwszy krok. Bo się nie chce, bo to dużo pracy, bo się boimy, że nie wypali, bo wydaje nam się, że się nie uda, albo ktoś nam mówi, że nam się nie powiedzie.

Zanim zaczniemy jeszcze tylko przegląd fejsa, pomalowanie paznokci i zrobienie wszystkiego, na co zwykle nie chce nam się tracić czasu. Wyobraźcie sobie, że u mnie prysznic jest obecnie tak wyszorowany, że można w nim jeść czy coś. O ile ktoś chciałby jeść w prysznicu.
Bo przecież kiedy czeka nas coś, co jest dla nas duże i nieznane, to na wszystko znajdzie się czas. Nawet na odkurzanie pustyni.

Tylko, czy tego właśnie chcemy? Czy czasami nie strzelam sobie w stopę, rozmamłając się i ciągle szukając pretekstów, zamiast usiąść na dupie i po prostu zacząć? Cokolwiek?

Chcemy nauczyć się angielskiego, przeczytać 52 książki, zdobyć pracę, iść na staż, wysłać CV… a kończy się na szorowaniu prysznica i czyszczeniu umywalki, bo na to nagle jest czas. Dlaczego sami siebie sabotujemy? Co się stanie, kiedy zaczniesz? NIC. A przynajmniej nic złego.

Ruszyłam tyłek i zaczęłam mój projekt. Podzieliłam go na małe części i wreszcie coś zaczęło się dziać.

Teraz pora na Ciebie. 

  • paula

    Dlaczego to jest takie prawdziwe?

  • Mateusz

    W dziwnej epoce przyszło mi żyć. Nie rozumiem tego ciągłego motywowania, wiary w siebie, „bądź sobą”, paranoi na punkcie treningów i bycia fit.
    Zasada jest prosta – chcesz coś robić – robisz. Nie chcesz – nie robisz. I masz rację, że często samych siebie okłamujemy.
    To jest prawdopodobnie tzw. problem pierwszego świata – gdy nie spotykają nas żadnego nieszczęścia, nie chodzimy głodni, a nad głowami nie latają nam pociski to zaczynamy skupiać się na właśnie takich rzeczach i ja doskonale rozumiem, że osiągnąć wiele jest trudno, ale ileż można na litość boską ciągle o tym samym. Z każdej strony, wszędzie to samo.
    Dziwią się potem wszyscy, że tyle depresji wkoło, że smutek i bezsilność, bo non stop tylko wmawianie, że trzeba być zmotywowanym, fit, napakowanym, pięknym i wiedzieć wszystko na każdy temat, a jak nie, to powinniśmy zamurować się w ścianie ze wstydu.
    I jak nie krytykuję Ciebie, a jedynie to zjawisko.
    Na koniec – czy wiesz, że w obecnych czasach odsetek ludzi chorych psychicznie i emocjonalnie jest największy, odkąd człowiek chodzi po Ziemi? Ciało jest piękne, wysportowane, w ładnych ubraniach, a mózg umiera. Wiele ludzi nie czuje, że żyje. Ładne opakowania z nas, ale wewnątrz coraz mniej. 😉

    • Ja też nie rozumiem paranoi. Nie rozumiem skrupulatnego liczenia kalorii i zasady „no pain no gain”. Są dni, kiedy trzeba po prostu odpuścić.

      Ale nie zgodzę się z tym, że są problemy poważne i mniej poważne. Każdy problem jest taki sam, i aż mnie natchnąłeś na kolejny wpis, ale powiem tutaj, dlaczego: dlatego, że każdy ma taki problem, jaki ma i dla niego jest to duży problem. Całkowicie subiektywnie. Ale problemy z założenia są subiektywne, prawda?

      Kiedy masz 10 lat i pierwszy raz się zakochujesz, i ta twoja miłość życia cię odrzuca, to jest to dla ciebie największy problem na świecie, bo na tym zamyka się twój mały świat.

      Kiedy masz 30 lat i umiera ci mama, to jest to twój największy problem na świecie, bo to jest duża część twojego życia.

      Czy to znaczy, że ten problem 10 latka jest mniej ważny? Nie. On ma dokładnie taką samą wartość w tym momencie. Tak to wygląda.

      Zycie nie jest sprawiedliwie. Jedni głodują i to jest mega poważny problem, ale dla drugiej osoby dużo większym problemem będzie depresja, samotność albo brak akceptacji swojego ciała. Te problemy dla tych osób są równe – subiektywnie, mimo, że obiektywnie wiadomo, że to głód na świecie to prawdziwy problem.

      Dlatego ja się nauczyłam, żeby nie oceniać ludzi po ich problemach. Każdy ma swój, o takiej samej wartości. Nie wolno ich wartościować. Każdy ma swoje życie, które ma swoje problemy. U jednych to jest brak pieniędzy na jedzenie, u drugich niemiły szef w pracy. To nie znaczy, że ta druga osoba jest zla, czy zakochana w sobie.

      A co do ostatniego zdania – dlatego warto dbać nie tylko o wygląd, ale też właśnie o to, co w środku. Np. rozwojem siebie. Czytaniem. Byciem dobrym człowiekiem, po prostu.

      Miłego dnia! 🙂

      • Nikt nikogo do niczego nie zmusza, ale dlaczego, do cholery, nie pisać, nie mówić o tym, co dobre, co można zmienić, żeby udoskonalić siebie, swoje ciało? Dlaczego nie motywować? Bo jest tego za dużo? Zmieniajmy się, udoskonalmy, no kurde, walczmy! Im więcej, tym lepiej. Bo nie ma osoby, która trafia do wszystkich. Jest Chodakowska, jest Lewandowska i jest Marta. I chyba to nie jest walka o opakowanie, a o „lepsze ja”. Od początku do końca.

        I dziękujmy, że „nie chodzimy głodni, a nad głowami nie latają nam pociski”. I że naszą głowę zaprzątamy sobie, może i błahostkami, ale że żyjemy w czasach, kiedy możemy sobie na to pozwolić.

        równość problemów? o rany, jak bardzo na tak!
        Ostatnio właśnie zastanawiałam się nad ważnością problemów. I też nie uważam, że problem zakochanej 10-latki jest mniej ważny, niż problem odtrąconej 30-latki. Dla niej jest to problem i koszmar, a że z perspektywy czasu można czasem na to popatrzyć i się uśmiechnąć…oby więcej właśnie takich problemów!

        • Karolina Kułakowska

          Jeśli chodzi o wartość problemów, to nie do końca mogę się z tym zgodzić. Tj., dajmy na to, dwóm bliskim sobie osobom przydarzają się w tym samym czasie niemiłe rzeczy – jedna odchodzi z pracy, której ma dosyć [jednak z widokiem na raczej szybkie znalezienie kolejnej], a drugiej umiera Mama. I teraz powiedzcie mi, kto będzie mimo wszystko oczekiwał większej uwagi? Większego wsparcia? Tak, wiem, że obie, ale jakbyście byli osobą trzecią, do kogo byście dzwonili najpierw? Z kim byście częściej rozmawiali, podbudowywali na duchu ? PS. Zdarzenie z autopsji.

    • Marzena Rybicka-Szudera

      Im więcej zmotywowanych wewnętrznie i wierzących w siebie ludzi, tym lepiej dla naszego społeczeństwa. Moim zdaniem osoby skupione wokół bloga Marty, jak i sama autorka, nie mają nic wspólnego z paranoją na punkcie własnego wyglądu. Wręcz przeciwnie – są to ludzie dbający o swoje wnętrze i rozwój, podchodzące do życia z jednej strony dojrzale, a z drugiej z przymrużeniem oka 😉 Im więcej osób z prawdziwym poczuciem własnej wartości- tym mniej będzie im się dało „wmówić”. Pozdrawiam ze słonecznych Katowic 🙂

  • Też stoję teraz przed nowymi projektami i doświadczam podobnych uczuć. Sztama!

  • Maja Julia

    Dzięki za kolejnego kopa! Dzisiaj tylko podtrzymał moje tempo, bo właśnie tak mnie tknęło (jak najwyraźniej i Ciebie). I zaczęłam pracę. Wysłałam te kilka strasznych maili (w sumie straszni są odbiorcy i strasznie było wysłać, maile są chyba okej), wysłałam to CV.
    I nie zamierzam na tym się zatrzymać.
    Trzymam kciuki, żeby i Twój kolejny bieg był nowym rekordem!

  • Julia

    Ja mam ten problem, że często myślę o tym, co mogę zrobić, marzę, planuję, a potem… nic : bo kiedy już mam zacząć, to jakoś tak nie mam ochoty, bo zawsze boję się że to nie wypali, że poświęcę swoim planom mnóstwo czasu, a w końcu i tak cała moja ciężka praca pójdzie na marne :
    Tyle że, no właśnie, jeśli nawet nie spróbuję, to w przyszłości mogę żałować, gdy zrozumiem, że moje marzenia były osiągalne, a ja nie zrobiłam kompletnie nic w kierunku ich spełnienia.
    Dobra, pora zabrać się w końcu do roboty 🙂 zmotywowałaś mnie, dziękuję 🙂

    • Dasz radę!
      Mi dopiero psychoterapeutka wybiła z głowy lęk przed działaniem. Tak było z moim prawem jazdy – odkładałam na potem z głupimi wymówkami, nie mając w ogóle pojęcia, że to lęk przed nieznanym. Zaraz po wizycie po prostu zadzwoniłam do wypatrzonego wczesniej osrodka nauki jazdy i poszłooo 🙂

      • Julia

        Dziękuję za motywację 🙂 zwykłe „dasz radę” i człowiekowi od razu chce się w końcu zacząć działać 🙂
        Im dłużej czytam blogi i komentuję, tym bardziej cieszę się , że często zupełnie obcy ludzie wspierają się i nawzajem motywują 🙂 i bardzo mi się to podoba, tym bardziej w czasach gdy modne jest narzekanie i brak wiary we własne możliwości 🙂 a może to kwestia tego, że dobry, pozytywny blog skupia pozytywnych ludzi 🙂 chyba o to chodzi.
        A przy okazji gratuluję zdanego prawa jazdy i jednocześnie przezwyciężenia swojego lęku 🙂

        • Pozytywni ludzie łączmy się 😀 nie ma tu miejsca na narzekanie <3
          A prawka jeszcze nie zdałam, miałam pecha ale niewiele brakowalo ;p nawet mi nie smutno bo to bylo dopiero pierwsze podejscie – pierwsze koty za płoty. Za dwa tyg mam drugą próbę, teraz juz powinnam ogarnąć

          • Julia

            To teraz moja kolej 🙂
            Dasz radę! 😀

  • M.

    Sądzę, że te wahania brak wiary w siebie to są od lat budowane złe słowa , źli ludzie w naszym życiu. Jeśli ktoś miał w życiu więcej bólu , więcej nieprzyjemności trudniej mu potem uwierzyć w siebie uwierzyć w to , że zasługuje na kogoś lepszego na coś lepszego. Duży wpływ ma na nas otoczenie , jeśli jesteśmy osobami których nikt nie akceptował mamy trudniej w życiu. Osoba która nigdy nie spotykała się z przemocą brakiem akceptacji wśród rówieśników ma jednak trochę łatwiej w życiu , bo w przeciwieństwie do takiej osoby (nie akceptowanej ) nie ma sztucznie wymyślonych kompleksów . Wszystko co przeszliśmy jest jakoś zapisane w nas samych . Sama widzę po sobie zakończyłam etap swojego życia mam do wyboru świetną pracę i dobrą szkołę w innym mieście i cholernie się boję jak nigdy dlaczego? Bo wciąż mam w uszach słowa wychowawczyni że nigdy nie skończę żadnej wyższej szkoły , mam słowa byłej przyjaciółki która otwarcie mi powiedziała że nigdy nie wyjdę ze swojej strefy komfortu. Boje się zmian jak chyba każdy … ale trzeba walczyć o siebie … przynajmniej tak sądzę . Marto twój blog otworzył mi jakąś strefę w mózgu tak jakby ktoś w dusznym pomieszczeniu otworzył okno po deszczu , jesteś trochę jak lekkie rześkie powietrze. Tak najtrudniej jest zacząć , ale zacząć żyć swoimi marzeniami . Powiem może trochę drastycznie ale największe skupisko najlepszych książek , filmów , może nawet doskonałych technologi świetnych piosenek jest na cmentarzu potencjał ludzki jest zagrzebany głęboko w ziemi bo żadna z tych osób nie uwierzyła , że warto było milion powodów by nie spróbować. Dziękuje jak zwykle za świetny artykuł , trzymam kciuki za Ciebie i twoje marzenia 🙂

  • O cholercia. Kiedy zobaczyłam post na Facebooku, coś mnie tknęło.
    Przecież to jest mój stan z ostatnich… No, będę szczera, tygodni. Stan, myśli, czyny, obawy, wszystko. A że „projektów” do rozpoczęcia takiego porządnego mam sporo, to na każdą osobno mi się nie chce. Ale ja mam na to taki sposób, że… Po prostu trzy dni z rzędu oglądam tego YouTuba, aż do momentu w którym nie mam już co oglądać i tak mi się nudzi, ze zaczynam coś robić pożytecznego 😀

  • Jakie to prawdziwe! A gdy już w końcu zaczniemy, to będziemy się zastanawiać: „dlaczego tak późno?!”, popełniając ten sam błąd kolejnym razem.

  • MałaCzyta

    Niedawno zadawałam sobie pytanie „dlaczego?”. Co sprawia, że na moim regale piętrzą się książki i magazyny z interesującej mnie dziedziny, a ja nie przeczytałam z tego dosłownie nic. U mnie problemem okazały się właśnie te oklaski. Ta, często podświadoma, chęć uznania sprawia, że ciężko jest mi ruszyć, bo co jeśli się nie uda i nikt nie doceni mojego wysiłku, nikt nie zobaczy jaka jestem mądra i jak się poświęcam. Wydaje mi się, że powinnam się teraz trochę pomęczyć i zmusić, żeby to zaprocentowało kiedyś tam w przyszłości. W przyszłości, która do mnie nie należy. Dni sobie mijają i nadal będą mijać. Ze mną, beze mnie. Może na końcu będą czekać ludzie z szampanem, a może ze zgniłymi pomidorami. Dla mnie chyba najlepszym rozwiązaniem jest znalezienie w każdej czynności czegoś na tu i teraz. Jeszcze nie dawno chciałam być kobietą sukcesu, teraz chcę zrobić parę ciekawych rzeczy w ciągu dnia.

  • Zmotywowałaś mnie, Marta. Przywołałaś do porządku. Uciszyłaś ten głos w mojej głowie, który ciągle szepcze: „chcę, ale nie teraz. jutro. potem”. Dzisiaj zaczęłam, zaczęłam walczyć sama ze sobą: wygrałam trening z Chodakowską (mój drugi w życiu!), czas spędzony z córką (bezcenne!), nowy post na blogu (w którym Cię opiewam, nota bene), czyste okna. Dzięki 🙂
    PS. I w tych ćwiczeniach, mnie nie chodzi, by być fit, na dietę też nie zamierzam. Chodzi o to, żeby cokolwiek się chciało zrobić już. Żeby nie odkładać tego życia na wieczne potem.

  • Ann

    Marto, masz 22lata i tyle mądrości w sobie… gdybym w Twoim wieku miała tyle samoświadomości co Ty, pewnie moje życie wyglądałoby teraz inaczej. Mam 31lat, mieszkam z rodzicami, jestem bez pracy i bez $. Nie wykorzystałam dobrze czasu na studiach bo po prostu wolałam imprezy, podejrzanych znajomych ale też nie miałam na tyle odwagi i samozaparcia by studiować coś, co naprawdę podobałoby mi się. Nie miałam pojęcia, że ten czas jest tak zajebiscie ważny w kontekście mojego przyszłego życia. Nie wiem, czy mam jeszcze szansę na jakikolwiek sukces. Dziękuję Ci za bloga. Pozdrawiam, A.

  • Mam tak samo jak ty. Najgorzej jest mi zacząć i wytrwać w postanowieniu pierwszy tydzień. Potem jest już niczym z górki. Na wszystko znajdzie się czas. Trzeba tylko ruszyć dupsko i spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Albo chociaż wmówić sobie że jak tylko spróbujemy będzie zdecydowanie fajniej 🙂

  • agape

    Filmik z nieco psychodeliczną muzyką, który od strony psychologicznej wyjaśnił mi, skąd w nas takie różne zastępcze działania (jak oglądanie filmów, jedzenie, sprzątanie) podejmowane zamiast wysiłku, który mógłby nam dać o wiele większą satysfakcję – ale jednak dopiero po dłuższym czasie… –

    🙂

  • K

    nie wiem co Ci wiecej napisac, bo nie wiem jak to ująć w słowa.
    Po prostu dzięki, że piszesz <3