Miłość to pierdoła.
A właściwie, jeśli mam być precyzyjna jak maszynki do golenia z reklam albo pani z matematyki, to jednak miłość to nie pierdoła, a pierdoły. Mnóstwo pierdół. Dziesiątki, setki, tysiące, miliony, tryliardy pierdół.

Widzicie, ona po prostu się z nich składa.

Zawsze lubimy nadmuchiwać wszystko do niebotycznych rozmiarów. Zastaw się, a postaw się. I tak samo z tą naszą miłością. Że jeżeli już miłość, to taka z motylami w brzuchu, bukietem róż w każdą miesięcznicę (czy naprawdę ktoś je obchodzi oprócz nastolatek?) i wiecznym romantyzmem z długimi, powłóczystymi spojrzeniami rodem ze Zmierzchu albo  jakiegoś Dear Johna, ewentualnie Pamiętnika. Miłość, to według niektórych, pocałunki w deszczu, seksowne przyciskanie się do siebie w pustej windzie i obowiązkowo płatki róż w wannie razem z szampanem (a jeśli masz prysznic w mieszkaniu, to będziesz w takim wypadku starą panną – nie ma przecież miłości bez świec i róż w wannie pełnej piany).

JEDNA RZECZ, DUŻO PIERDÓŁ

Ja widzę miłość jako dużą rzecz, składającą się z mnóstwa małych pierdół.

Miłość to dla mnie mówienie „kocham cię” w różnych miejscach i bez zastanowienia. Kiedyś słyszałam, że jak ktoś mówi za często, że kocha, to te słowa tracą na znaczeniu. Bzdura.
„Kocham cię” znaczy do momentu, w którym osoba, która to mówi, naprawdę tak czuje. Nieważne, czy mówi to co pięć sekund, czy co pięć lat. 

Miłość to dla mnie wspólne oglądanie czegoś i obiecywanie, że wcale się nie zaśnie, mimo tego, że i tak zawsze się zasypia.

To oddanie ostatniego gryza swojej ulubionej bułki.

Albo smutek trzy sekundy po tym, jak się rozstajecie, nawet, jeśli to rozstanie na pół wieczoru.

To myślenie o tej osobie nawet wtedy, kiedy dobrze się bawisz sam, albo w innym towarzystwie. Taka myśl: ale mam ochotę mu to opowiedzieć!.

To kopanie pod stołem, szczypanie po ręce albo rzucanie się na szyję z okrzykiem: Zwróóóóóóć na mnie uwagęęęęęęęęęęęęę!

To pytanie milion razy: a kochasz mnie?

To setki wspólnych wspomnień i mówienie o nich w najbardziej niespodziewanych momentach.

To wspólne żarty, których nikt inny nie kuma (i wszyscy uważają, że nie są śmieszne).

To nawet kłótnie, które czasami bolą, a po nich szybkie przeprosiny.

To wkurzanie się na wadę tej drugiej osoby, ale jednoczesne bronienie jej przed innymi. To jak z rodzeństwem: ja mogę powiedzieć coś niemiłego mojej siostrze, ale spróbuj zrobić to ty, a połamię ci ręce (tylko najpierw musiałabym się nauczyć, jak komuś złamać rękę).

To też czasami ukucie zazdrości, nawet takiej kompletnie nierozsądnej i nieuzasadnionej.

To fochy o pierdoły.

To chwile, kiedy nie macie o czym rozmawiać, bo siedzicie ze sobą cały dzień, ale to całkowicie w porządku. To cisza, która jest wygodna, tak po prostu.

To wsadzanie zimnych stóp pod kołdrę, żeby druga osoba je ogrzała.

To kibicowanie sobie i pomaganie w każdym momencie.

To robienie kawy, kiedy druga osoba wygląda jak w śpiączce z niewyspania.

I stawanie za sobą murem, niezależnie od sytuacji.

JAK PUZZLE

Miłość to dla mnie puzzle. Nie ma zasady, że jak masz motylki to dobrze, a jak nie masz, to źle. Że jak jesteście jak wszyscy, to jest w porządku, a jeśli kompletnie odbiegacie od normalnego obrazu pary, to bardzo źle. Dopóki wasze puzzle złożone z małych pierdół klikają i zaskakują, to jest dobrze. Po prostu.

I czasami, kiedy ci się wydaje, że chyba już nic nie ma, że gdzieś zgasła iskra, że jest jakoś zwyczajnie, to może warto sobie przypomnieć, dlaczego to zwyczajnie jest fajne. Zwrócić uwagę na pierdoły, które tworzą całość. A nie na fajerwerki, które są raz na jakiś czas. Fajerwerki szybko gasną, pierdoły są zawsze.

Nawet, jeśli czasami ich nie zauważasz.