Teoretycznie jeśli nie jesteś zadowolony ze swojego życia, ale podoba ci się życie kogoś innego, rozwiązanie jest proste: zrób coś, żeby twoje się zmieniło na lepsze. W praktyce kończy się zawsze tak samo: zamiast wziąć się do roboty i zastanowić się nad tym, co można zrobić, wolimy wyżyć się na kimś, bo ma lepiej. Napisać, że gdyby był w naszej skórze, to by sobie na pewno nie poradził. Ach, no i że powinien zapaść się ze wstydu, że się tak obnosi ze swoim szczęściem. Można też dopisać, że jest głupi. I brzydki.

I co, lepiej? Nie sądzę.
Od frustracji życia się nie zmieni.

WSTYDŹ SIĘ, BO MASZ FAJNE ŻYCIE

Ostatnio na moim drugim blogu opublikowałam wpis, w którym opisywałam, jak wygląda mój dzień. Wiecie, co robię kiedy wstaję, jak ćwiczę, o której jadę na uczelnię, co robię w pracy i tak dalej. Takie tam – pierdoły. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo wpis wywołał taką burzę, jakbym co najmniej napisała tam, że jem wiewiórki na śniadanie i lubię chodzić nago po mieście.
Tyle wrednych komentarzy nie zebrałam przez całą swoją blogową karierę.
Naprawdę.Oberwało mi się, bo nie mam dziecka.
Oberwało mi się, bo mam czelność mieć czasami zajęcia przez dwie godziny i nie muszę ślęczeć na uczelni przez cały dzień (a inni siedzą na zajęciach od 7-20 i bardziej sprawiedliwe by było, gdybym ja też musiała).
Oberwało mi się, bo pracuję w domu i nie muszę wstawać o piątej, żeby zdążyć do roboty (więc gówno wiem o życiu).
Oberwało mi się, bo mogę pracować cztery godziny dziennie i się z tego utrzymać (bo przecież powinno się pracować przynajmniej osiem godzin i to za mniej, niż średnia krajowa, żeby było sprawiedliwie).
Oberwało mi się, bo mam czas sobie ugotować obiad (bo przecież nie powinnam mieć tego czasu, tylko zapierdzielać w robocie i jeść sztuczne drożdżówki z Żabki).
Ach, no i też za to, że nie mam męża (wiadomo przecież, że chłopak nie jest tak czasochłonny jak mąż, mimo, że tak samo mieszkacie razem na tych samych zasadach).
No i ogólnie to chyba za to, że jestem.

GDYBYŚ ŻYŁA MOIM ŻYCIEM, TO BYŚ DOPIERO ZOBACZYŁA!

Co się naczytałam na swój temat, to moje.

Nagle wszyscy zaczęli mi uświadamiać, że nic nie wiem o życiu i niczego nigdy nie przeżyłam. Że gdyby oni mieli takie życie, to dopiero byłoby super! Ale najbardziej uderzyło mnie to, że ci ludzie uważali, że to, że moje życie może być fajne, to coś złego.

ZŁEGO.

Że powinnam iść na etat, powinnam mieć trójkę dzieci, męża, kredyt, mało pieniędzy – i wtedy byłoby okej, bo byłoby po równo. A jeśli ja mogę się wyspać do siódmej, a one muszą wstawać o piątej, to to znaczy, że ze mną jest coś nie tak i powinnam się wstydzić, że w ogóle mam czelność opisywać swój dzień w sieci.Rozumiecie? Bo ja nie. Nie mogę uwierzyć, że ludzie uważają, że jeśli komuś wiedzie się lepiej niż im (w ich mniemaniu – ja nie mówię, że mam świetne życie, tzn. nie uważam, że mam lepsze, niż ktoś inny!) to ta osoba jest zła/ nie zna się/ jest oszustem / wszystko, co ma, dostała / ma zwykłe szczęście.

Większość komentarzy była w stylu: „Tak to każdy sobie może żyć (no tak, nie ma to jak umniejszać czyjąś pracę – klasa), ciekawe, co byś powiedziała, gdybyś tak jak ja, miała dwójkę dzieci i męża do wykarmienia!”.

Wiecie, nie wiem, co bym powiedziała w takiej sytuacji, bo nie mam dzieci. Nie mam też męża i mam to szczęście, że mogę pracować robiąc to, co lubię. Ale jestem pewna, że na pewno nie traciłabym czasu na łażenie po blogach i jeżdżenie obcych mi osób, bo mają (w moim mniemaniu) mniej obowiązków niż ja, więc powinny się wstydzić.

Dlaczego mam się wstydzić? Dlaczego mam się czuć źle, bo mam na coś czas, a ktoś nie ma? Czy ja ten czas tej osobie zabrałam? Z tego co wiem – raczej nie. Nic jej nie zabrałam, a mimo to, według niej, mam się czuć źle, bo lubię swoje życie.

Piękna logika.

NIE WIEM, ALE SIĘ WYPOWIEM

A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że w większości komentarze pochodzą od obcych osób, nie-czytelników, którzy weszli na bloga, przeczytali jeden wpis o tym, jak wygląda mój dzień i zaczęli uważać, że wiedzą wszystko o tym, jak wygląda moje życie.

Oczywiście, że na blogu opisuję jeden z lepszych dni, a nie ten gorszy. Te dziewczyny weszły, przeczytały sobie jeden wpis i zrobiły to, co robi większość ludzi: stwierdziły, że jedni mają szczęście, a drudzy są tacy biedni i uciemiężeni, zupełnie nie dostrzegając tego, że ja naprawdę nie leżałam sobie na kanapie i nie czekałam, aż moje życie stanie się zajebiste.

Nikt nie wziął pod uwagę tego, że żeby pracować sobie w domu po cztery godziny, to czasami pracuje się po dwanaście. Tego, że żeby mieć jakiś sukces w czymkolwiek, to najpierw trzeba się nieźle napocić.Ale dobra, już nawet nie chodzi o mnie. Problem ciągle jest ten sam. Widzimy, że komuś coś w naszym mniemaniu wyszło i jedyne, co potrafimy robić, to być wrednym/zazdrosnym/sfrustrowanym, zamiast zauważyć, że nic się nie bierze z niczego. Z pustego i Salomon nie naleje. Żeby coś mieć, to trzeba sobie to wypracować, trzeba nie spać, trzeba czasami odmawiać i rezygnować po to, by potem korzystać.

Ale przecież lepiej postawić się w sytuacji biednej, poszkodowanej osoby, która ma tak źle, kiedy inni mają dobrze. Chciałabym to jakoś pozytywnie skomentować, wiecie, ale czasami jak widzę postawę innych ludzi, to mi ręce opadają. Kiedy nauczymy się cieszyć szczęściem innych? I kiedy do nas dojdzie że to, że ktoś ma X, nie znaczy, że nam to zabrał?

Nikt przecież niczego nikomu nie zabiera. Ani nikt nie zarabia czyichś pieniędzy, ani nie kradnie innym czasu, ani nie może sprawić, że komuś coś nie wyszło.

Jeżeli coś jest z twoim życiem nie tak, jakbyś chciał, to może czas przestać się wyżywać na innych i obwiniać cały świat, a spojrzeć w lustro i pogadać z samym sobą.