Nie lubię się przyznawać do tego, że nie mam racji. Nigdy. Zazwyczaj kiedy już do mnie dociera, że się mylę, szybko zmieniam temat albo udaję, że nie wiem o co chodzi. To dużo łatwiejsze, niż stanie prosto i powiedzenie: „dobra, zrąbałam”.
Ale wiem, że teraz muszę, więc… dobra, zrąbałam. Na całej linii.

Naprawdę, ale to naprawdę nie lubię nie mieć racji. Stanę na głowie, ale zrobię tak, żeby przekonać innych, że jednak wcale nie jest tak, jak oni mówią, tylko tak, jak ja uważam. I może dlatego doprowadziłam do sytuacji, do której nigdy nie powinno dojść.

Od miesiąca nie daję rady. Tak naprawdę. Pierwszy raz w moim życiu NAPRAWDĘ nie daję rady. Lubię sobie stawiać wyzwania i jestem bardzo ambitną osobą, ale to sprawia, że czasami mam wrażenie, że jestem supermanem. Kiedy robię domówkę, szykuję wszystko od rana, sprzątam kilka godzin, a potem gotuję drugie tyle, chociaż równie dobrze mogłabym rzucić na stół trzy paczki chipsów i zamówić pizzę. Kiedy piszę wpis na bloga, będę pisać go tyle, aż będzie idealny. Kiedy robię zdjęcie, nie wrzucę takiego, które ma jakiś defekt – wrzucę tylko takie, które mi się podoba.
I to jest okej, jeśli nie przeginam.

marta hennig 1

Kiedy mam dużo pracy, zawsze mówię, że dam radę. Kiedy ktoś dowala mi jeszcze więcej, wrzucam to sobie na bary i jadę z koksem, bo przecież kto, jak nie ja? To sprawiło, że w pewnym momencie wzięłam na siebie tyle, że z trzaskiem poszły mi kolana, a ja siedzę na podłodze bezradna od kilku tygodni i nie wiem, jak się nazywam, nie wiem, dlaczego nic mi się nie chce i dlaczego wcale się nie cieszę, że budzę się rano, bo mam tyle roboty, że chciałabym już wieczór.

Wzięłam na siebie za dużo i z głupiej dumy czy ambicji nie chciałam tego przyznać. Nie chodzi o to, że przed ludźmi, ale przede wszystkim przed sobą: zamiast tego stawiałam sobie coraz wyżej poprzeczkę, co skończyło się tak absurdalną sytuacją jak to, że nie miałam dla siebie ani jednej sekundy wolnego czasu.

I to wszystko dotarło do mnie przypadkiem. Dzisiaj planowałam wpis na temat tego, jak jeszcze sobie ulepszyć święta. Napisałam, przeczytałam go i dotarło do mnie, jak nienormalne to jest. Wiecie, jakie tam były rady? „Obejrzyj ulubiony film”, „spędź poranek w łóżku”. Rany boskie, serio, Marta? Serio?

Normalni ludzie robią to co weekend. Ja do tego potrzebowałam święta. Ogarniacie?

11202602_772041432904763_7596484601945539286_n

Jestem cholerną Zosią Samosią, która nie dość, że nie potrafi oddelegować zadań komuś innemu, to jeszcze co chwila nakłada na siebie nowe obowiązki, sądząc, że podoła, bo przecież niemożliwe jest możliwe. Może i tak, jeśli zachowujesz higienę psychiczną, ja to olałam i skończyło się jak się skończyło – że od dwóch tygodni już jestem na skraju wytrzymałości, nie potrafię napisać tekstu przez zmęczenie, marzę tylko o tym, żeby wszyscy dali mi spokój i żebym mogła zaszyć się w jakiejś dziurze bez internetu, telefonów, ludzi, gdzie będę mogła leżeć i nic nie robić.

I może gdyby nie umarł Trener, gdybym nagle nie dostała taką wiadomością w twarz i nie mogła się po tym pozbierać, to może dalej cisnęłabym siebie jak głupia, chcąc zadowolić wszystkich, chociaż każdy na świecie wie, że tego się nie da osiągnąć. Po prostu.

Jest mi trudno przyznać samej przed sobą, że wzięłam na siebie za dużo, ale jednocześnie wiem, ze to konieczne, jeśli ma się coś zmienić. Że muszę sobie powiedzieć: cholera, Marta, przegięłaś pałę.

23
Mam sporo wyzwań na 2016 rok, ale jest jedno, które jest teraz najważniejsze: znaleźć czas dla siebie. Czas w którym gram w Simsy, siedzę i nic nie robię, oglądam Gesslerową w telewizji albo tańczę do piosenek Taylor Swift. Albo oglądam seriale Disneya. Ewentualnie robię cokolwiek BEZUŻYTECZNEGO i nie mam z tego powodu zawału.

Nie zrozumcie mnie źle: rozwój jest świetny. Cudownie jest pracować i widzieć efekty, bez pracy nie ma kołaczy i tak dalej. Dalej chcę spełniać marzenia i inwestować w siebie. Dalej chcę ciężko pracować na to, by mieć to, czego chcę.

Ale chcę pracować mądrze, a nie całą dobę, bo jeszcze chwila, a naprawdę siadłaby mi psycha. Poważnie. I to jest świetny przykład na kilka rzeczy: na to, że droga po „sukces” czy marzenia nie jest różowa i wygodna, na to, że pozytywni ludzie też mają nie tylko złe dni, ale ZŁE TYGODNIE i na to, że można być optymistą i osobą naprawdę pozytywnie patrzącą na świat i jednocześnie mieć doła, bo wymagasz od siebie zbyt wiele. Można wstać rano z uśmiechem i zetrzeć go z twarzy przy pracy. Można być osobą towarzyską i mieć czas i na pracę, i na blogi, i na trening, i na chłopaka i na imprezy, i na studia, ale nie mieć go dla siebie, na zmarnowanie. Kilka takich intensywnych dni jest w porządku. Ale miesiąc? Albo dłużej? Szaleństwo, które źle się kończy.

brak czasu 2

Problem w tym, że muszę w końcu zrozumieć, że świat się nie zawali, kiedy kiedyś nie dam rady i się nie wyrobię na deadline. Kiedy nie wezmę jakiegoś zlecenia, nie zrobię czegoś perfekcyjnie, urządzę domówkę bez umytej podłogi i pięciu dań na stole.

Życzcie mi powodzenia, bo muszę naprawdę kopnąć się w tyłek i wyjść z tego bagna, w które sama się wcześniej wkopałam, bo inaczej zatonę.

A przecież nie jestem z tych, co idą na dno.