Jeśli chodzi o związki, zawsze byłam do kitu.

Przy chłopakach, którzy mi się podobali, zawsze musiałam powiedzieć coś głupiego, upuścić coś, co właśnie trzymałam albo w inny sposób sprawić, żeby na zawsze zakopać się w strefie zostańmy-przyjaciółmi.  Moje próby flirtu zawsze wychodziły niezręcznie i osiągały apogeum żenady. Po każdym spotkaniu z kimś, do kogo czułam miętę, przeklinałam siebie w myślach i po czasie wymyślałam fajne teksty, które mogłam powiedzieć. Ale oczywiście, których nie powiedziałam. Bo zawsze zamiast tego musiałam palnąć jakąś głupotę.

Potem przeżyłam kilka mniej lub bardziej miłych rzeczy i zaczęłam sądzić, że miłość po uszy, wielkie uczucia i tego typu sprawy to ściema wyprodukowana tylko po to, żeby filmy z Ryanem Goslingiem i harlekiny na dworcu sprzedawały się lepiej.

A potem beznadziejnie się zakochałam i kompletnie zmieniłam zdanie. Bo wpadłam jak śliwka w kompot. Taki bez dna.

CAŁKIEM PRZECIĘTNE LOVE STORY

W filmach i książkach miłość nadchodzi niespodziewanie. Wali znienacka jak bandyta po zmroku, tylko, że zamiast torebki i portfela zabiera serce.  Ludzie się poznają przypadkiem, na ulicy i z dnia na dzień nie mogą bez siebie żyć, zachowując się jak dwie jemioły żerujące na sobie.

To był pierwszy punkt, który się u mnie nie zgadzał. Nie dostałam objawienia. Nie zderzyłam się z nim czołem, upuszczając książki na szkolnym korytarzu. Nie spotkałam go w autobusie, na ulicy, przez internet, podczas imprezy. On już po prostu był.

Siedział koło mnie na lekcjach i kłócił się zawzięcie ze mną o jakieś pierdoły, których nawet nie pamiętam. Nazywał mnie upartą krową, a ja w ramach zemsty, rysowałam mu, bardzo dorośle zresztą, męskie przyrodzenia w podręczniku. Spędzaliśmy wieczory obgadując ludzi przez Gadu-Gadu, którego nikt już dzisiaj nie pamięta i przerzucając się linkami ze śmiesznymi obrazkami. I nic, jak Boga kocham, nic nie wskazywało, że ten stan rzeczy się zmieni.

Do pewnego momentu.

 

Kiedyś po prostu przyszłam do szkoły i stwierdziłam, że lubię z nim siedzieć. Innego dnia doszło do mnie, że lubię brązowe włosy u chłopaków. Takie, jak on ma. Innym razem poczułam dziwne ukucie zazdrości, kiedy mówił o kimś innym i wtedy do mnie dotarło, że coś jest nie tak. I zanim się zorientowałam, wpadłam jak Alicja do dziury za królikiem.

I nie było odwrotu.

Starałam się hamować walące jak młot serce albo dziwnie radosny uśmiech na twarzy, kiedy dostałam smsa. Tak samo, jak starałam sobie tłumaczyć, że to normalne, że sprawdzam po raz pięćdziesiąty komórkę, bo on nie odpisuje. Może miał wypadek? Porwali go kosmici? Zjadł go niedźwiedź? Albo powiedziałam coś głupiego?

I wiecie, jak w sumie doszliśmy do tego, że chyba wychodzimy poza naszą strefę kumplowania się?

Nie było kwiatów. Romantycznych piosenek. Nie było żadnych znaków, gestów, sytuacji rodem z filmu romantycznego albo coś w tym stylu. Była za to rozmowa o głupotach i nawet nie pamiętam kiedy, znalazło się tam coś takiego:

– [coś tam, coś tam] wyobrażasz sobie, jakbyśmy mieli razem dziecko? Byłoby całkowicie pokręcone! – powiedziałam kiedyś po lekcji, pakując się do torby.

– Przynajmniej byłoby ładne. Jak jego mama. – wypalił bezmyślnie, podając mi podręcznik.

– Och.

Żadnego szalonego love story. A potem jakoś tak wyszło.

Minęło 3,5 roku.

A LUDZIE MÓWILI,  ŻE…

Jak już zostaliśmy parą, okazało się, że wszystko robimy nie tak.

Podobno miałam mu nie okazywać zbytnio uczuć, bo się zniechęci i sobie pójdzie. Skubany trwa do tej pory.

Zamieszkaliśmy razem szybko, chociaż wszyscy mówili, że tak nie można. Bo będziemy się kłócić, mnie zniechęcą jego brudne skarpety i po maksymalnie sześciu miesiącach rozstaniemy się z hukiem. Nic takiego się nie stało.

Nie siedzimy razem na domówkach, tylko rozdzielamy się i dołączamy do dwóch zupełnie innych grupek. Podobno powinniśmy trzymać się za rękę i manifestować nasz wspaniały związek, ale jakoś nam się nie chce. Poza tym – jeśli siedzimy osobno, to wracając do domu możemy przekazać sobie plotki z dwóch różnych źródeł. Biznes życia.

Nie mamy zbyt wielu wspólnych zdjęć, bo on nie lubi zdjęć. A ja nie lubię ludzi do czegokolwiek zmuszać.

I najlepsze: podobno miało nam przejść to całe zakochanie, motylki w brzuchu i uczucie bliskości. Mówili, że uderzy nas rutyna, kryzysy, kłótnie, ciche dni i inne tego typu rzeczy. No cóż – nie uderzyły. Albo inaczej: były słabsze niż to, co mamy razem.

WYRZUĆ PORADNIKI

I przez te prawie cztery lata związku z najlepszym przyjacielem, zrozumiałam jedną rzecz: jeśli chcesz mieć udany związek, czym prędzej wypieprz wszystkie poradniki za okno. Nie są nic warte. Śmiej się z instrukcji w kobiecych magazynach i kompletnie zignoruj rady życzliwych znajomych.

To nie działa.

Nie działa bawienie się w jakąś „niedostępną”. „Niezależną”. „Obojętną”. W wielkie podchody, nie odpisywanie, żeby sobie czasami nie pomyślał, że tęsknisz, albo dziwne zachowania tylko po to, żeby przypadkiem się nie wydało, że – uwaga! – go kochasz. Nie działa zastanawianie się  czy jak wszystkim parom coś pasuje, to wam też.  Wy to wy – a nie ktoś inny. Niby proste, a tyle osób o tym zapomina.

Miłość, wbrew pozorom, serialom i poradnikom, nie jest grą. Zadziwiające, że tyle osób o tym zapomina i próbuje tworzyć coś, co przypomina szachy lub warcaby.

Miłość jest po prostu uczuciem. Tylko i aż.