Zawsze gdzieś tam byliście. Trochę jak cienie. Albo owady, które za wszelką cenę chcą dolecieć do słoika dżemu zostawionego na parapecie. Ja byłam dżemem, wy muchami. Wyłanialiście się za każdym razem, kiedy akurat się potknęłam, coś mi upadło, albo mama wymusiła na mnie założenie totalnie obciachowego, zgniłozielonego golfu. Lubiliście siadać tuż za mną i szepcząc sobie coś na ucho, trącać się łokciami. Wtedy śmianie się ze mnie wydawało się być taką wspaniałą zabawą.

Zawsze wszystko słyszałam.

Wydawało wam się, że jesteście tacy zabawni. Genialni. Że śmiejecie się sprytnie i inteligentnie: tak, żeby mieć z tego jak największą frajdę, jednocześnie nie dając mi znać, że jestem obiektem żartu. Byliście tacy głupi, uważając, że ja tego nie widzę.
Albo może to ja byłam naiwna. Każdego dnia obiecywałam sobie patrząc w lustro, że dzisiaj wreszcie Wam wszystko wygarnę. Że wszystko powiem: wystawię środkowy palec, walnę celną ripostę i wreszcie zakończę to całe gówno, w które mnie wpakowaliście.
I nigdy nie miałam odwagi.
Kiedy tylko zaczynaliście, zwieszałam głowę i gapiłam się na moje dłonie, blade i z widocznymi żyłkami. Do tej pory, kiedy się stresuję, zerkam czasami na skórę na dłoniach, jakby to miało mnie w jakiś sposób odciąć od tego, co się dzieje. Cicho słuchałam komentarzy na swój temat, zaciskając pięści i co chwila zbierając się, żeby się obrócić i powiedzieć Wam, co o Was myślę.
Nigdy nie starczyło mi tupetu. Czasami musiałam zagryzać wargi, bo broda trzęsła się nieubłaganie i czułam, że pieką mnie oczy. To by było jeszcze gorsze – rozpłakać się przy Was. Dać Wam znać, że to wszystko mnie rusza.
Szybko zakładałam słuchawki i bardzo głośno włączałam muzykę.

DLACZEGO AKURAT JA?

Cały czas zadawałam sobie jedno pytanie: DLACZEGO? Dlaczego akurat ja? Co ja takiego zrobiłam? Dlaczego się tak na mnie uwzięliście?
Wszystko co robiłam, według Was robiłam źle. Miałam włosy, które były za gęste. Cerę, która nie wyglądała gładko i wspaniale. Miałam nie tą wagę, nie te ubrania, nie te teksty. Według Was, cała byłam nie taka, jak trzeba.
I tak się czułam.
Czasami łudziłam się, że jak coś zmienię, to całe to piekło się skończy. Ale nieważne jak bardzo się starałam i nieważne, co robiłam, nic się nie zmieniało. Tkwiłam w tym wszystkim i wydawało mi się, że im bardziej próbuję się wyrwać, tym bardziej się zapadam.
Byłam po prostu celem, który sobie obraliście. Wpadłam w gównianą sytuację, w mini-piekiełko jak śliwka w kompot i nie było opcji, żeby się z tego cholernego kompotu uwolnić.
Kiedy czasami przeglądam stare zdjęcia, wszędzie widzę, że miałam to wypisane na twarzy. Widzę czternastoletnią dziewczynę, która uśmiecha się na niby, bo ktoś robi zdjęcie. Widzę dziewczynę, która próbuje się dopasować, próbuje uratować sytuację i nie potrafi. Widzę nastolatkę, którą życie wkopało w coś, czego nie może zrozumieć. I widzę Wasze twarze.
Ze złośliwymi uśmiechami, z okrutnymi spojrzeniami, przy których Królowa Lodu wydaje się być niezwykle miłą istotą.
Tak naprawdę, najgorsza w tym wszystkim była Wasza dwulicowość. Czasami, nagle, postanawialiście być dla mnie mili i wtedy zapalała się we mnie lampka nadziei: może coś się zmieniło? Ale lampka szybko zgasła, kiedy pewnego razu usłyszałam w Waszej rozmowie, że dzisiaj jest dzień dobroci dla zwierząt. Dzień dobroci dla Marty. Niech ma. Dzisiaj jej nie obgadujemy, dzisiaj się z niej nie śmiejemy, dzisiaj jej nie dokuczamy. Niech sobie głupia pomyśli, że w sumie to ją lubimy.
Jak okrutnym trzeba być?

WIELKIE DZIĘKI

I dzisiaj do Was piszę, bo chcę Wam za to wszystko podziękować. Brzmi jak szaleństwo, ale czuję, że przyczyniliście się do tego, kim teraz jestem. I chociaż czasami odczuwam tego gorsze aspekty – jak niepewność czy poczucie niedopasowania – tak jestem pewna, że w sumie odwaliliście całkiem dobrą robotę.
Może gdyby nie Wy i Wasze żarty, nie byłabym teraźniejszą sobą.
Więc dziękuję. Za to, że nauczyliście mnie kilku ważnych rzeczy. Za to, że po tym czasie tłamszenia, teraz nie daję sobą pomiatać. Za to, że nauczona przeszłością, teraz nie milczę, kiedy ktoś mi nie pasuje. Za to, że zrozumiałam, że to nie we mnie jest problem, a w ludziach, którzy się tak zachowują. I że łatwo można to zmienić, wystawiając Wam, całkowicie niekulturalnie, środkowy palec i zmieniając środowisko.
Za to, że swoimi niewidzialnymi kopniakami daliście mi rozpęd. Do działania. Za to, że udowodnienie Wam, że się mylicie i że nie jestem nikim, sprawiło, że rzeczywiście coś mi się w życiu udało. I chyba za to, że jestem w tym miejscu, w którym teraz jestem, bo może gdybym nie dostała kiedyś po tyłku, to byłabym bardziej leniwa.
Dziękuję Wam za wszystkie złe słowa na temat mojego wyglądu. To pozwoliło mi docenić w moim życiu mężczyzn, którym się podobam i szanować ich uczucia. Dzięki za wszystkie szepty, nadawanie mi ksywek, które miały być tajne, a które i tak znałam – bo przez to w końcu nauczyłam się, że nieważne co, ludzie i tak będą gadać, więc trzeba mieć to gdzieś.
Serdecznie i z całego serca dziękuję za to piekło, bo dzięki temu wtedy przyrzekłam sobie, że ja nigdy nikomu takiego piekła nie sprawię. I że będę dobrym człowiekiem.

GŁOWA DO GÓRY

Jeżeli śmieją się z Ciebie – w szkole, w grupie, na podwórku, w pracy – głowa do góry. Połowa z nas przez to przechodzi. A większość czuje się w pewnym momencie źle z samym sobą, ze swoim wyglądem albo ze swoim życiem. Jeżeli ktoś ma problem z tym, jak wyglądasz, co mówisz, albo jaki jesteś – to jest JEGO problem, nie Twój. To on widocznie ma tak nudne życie, że fascynuje go żywot kogoś innego.
Nie martw się tym.
Bo ostatecznie, to Ty wygrywasz. Na końcu. Bo zobaczysz, że nagle okazuje się, że ci wszyscy „zabawni” ludzie gdzieś znikają. Nic im się nie udaje. I naprawdę nie ma się co dziwić, bo jeśli ktoś ma problem z drugim człowiekiem, to największy problem musi mieć z samym sobą.
Najlepszy argument?
Kiedyś dręczono i śmiano się z Demi Lovato, Megan Fox, Mili Kunis, Toma Cruisa, Madonny, Baracka Obamy, Stevena Spielberga, Billa Clintona i Eminema. Czy o nich słyszałeś? Na pewno.
A czy słyszałeś o ludziach, którzy się z nich śmiali? Oczywiście, że nie.
Pewnie teraz plują sobie w brodę.