To nie jest tak, że nie mają na siebie pomysłu.
Mają. Zawsze. Potrafią godzinami opowiadać o swoich marzeniach i o tym, co by chcieli kiedyś – ważne słowo-klucz – zrobić. Kiedyś. Za ileś lat. Za parę miesięcy. Jak skończą szkołę, rzucą pracę, urodzą dzieci, wyjdą za mąż. Snują plany i głośno wzdychają, podkreślając jak oni bardzo, niesamowicie by chcieli i jak zazdroszczą tym wszystkim szczęściarzom, którym się udało. Aż w końcu nadchodzi okazja. Dar od Boga, zrządzenie losu, łut szczęścia.
I nagle, mimo tego, że podobno tak mocno by chcieli, nie robią kompletnie, absolutnie nic.
Zawsze jest jakiś powód. Czasami boli ich głowa. Kiedy indziej – nie mają nastroju. Kolejnym razem dopadł ich zły humor, coś im nie wyszło albo nie jedli obiadu, a przecież wiadomo, że schabowy jest ważniejszy niż jakieś tam okazje od życia. Zresztą, kto by zrezygnował z gorących kartofli na rzecz czegoś innego?
Jest takie oklepane powiedzenie, że życie trzeba ściskać jak cytrynę i robić z niego soczystą lemoniadę. Mam jednak nieodparte wrażenie, że nawet, gdyby ktoś tym ludziom tę lemoniadę już zrobił i podstawił pod nos, nie chciałoby się im po nią sięgnąć.
Bo przecież lepiej, gdyby sama wlała się do ust.

DOKŁADNIE JAK PAN HILARY

Tak naprawdę, każdy z nas ma mnóstwo okazji. Ba – te okazje pojawiają się co chwila, może nie codziennie, ale wystarczająco często. Mają tylko jedną, jedyną wadę: nie świecą się neonowym kolorem i nie wołają głośno „wykorzystaj mnie!”. Po prostu są.
I chyba dlatego ludzie ich nie widzą.
Z jednej strony wszyscy tak trąbimy o tym, jak to bardzo chcemy spełniać marzenia, jakie to mamy wielkie, ogromne plany, jak bardzo chcemy coś zrobić, jacy to my nie będziemy, jak już skończymy studia, szkołę, będziemy starsi, gdy minie tylko jeden okropny miesiąc… a z drugiej strony, gdy szanse na spełnienie tych wszystkich rzeczy przychodzą i machają nam przed nosem wielką, czerwoną flagą, kompletnie z nich nie korzystamy. Zawsze jest jakaś wymówka.
Teraz nie, najpierw muszę skończyć studia.
Dziś nie bardzo, bo źle się czuję, może następnym razem.
Chciałabym, ale nie, bo jeszcze nie jestem gotowa.
Odkładamy te wszystkie okazje jak niechciane spotkanie z koleżanką, której nikt nigdy nie lubił. Bo będzie później czas. Bo teraz mi się nie chce.
Bo nie mam ochoty ruszać tyłka z domu, nawet, jeśli to by miało zmienić moje życie.
 
Kiepsko brzmi, nie? A jednak mimo tego, ciągle w to brniemy.

NIE MOŻE SIĘ ZROBIĆ SAMO?

Tak naprawdę, jedyne co robimy, to czekamy. Ale nie na okazję. Ba, nawet nie na szansę. Czekamy, aż jakimś cudownym sposobem, samo się zrobi.
Kiedyś myślałam, że to wszystko – marzenia, sukcesy, powodzenie – to coś, co nie zdarza się każdemu. Że to coś, co mają tylko nieliczni szczęściarze, którzy wyciągnęli dłuższy patyk, gdy było losowanie o farta w życiu. Ale nie.
Bo te wszystkie okazje, szanse, sukcesy, wszystkie te nasze pragnienia, o których tak mówimy, na temat których tak się emocjonujemy – rosną na drzewach. Serio. Jak zwykłe jabłka. Jak gruszki. Jak czereśnie, wiśnie i śliwki. Po prostu są tam, na drzewie, a jedynym powodem, dla których ludzie jakoś do tego nie dążą i tego nie widzą jest fakt, że aby je zdobyć, trzeba po prostu przynieść sobie cholerną drabinę i wejść na górę. A potem trochę się namachać przy zbieraniu.
Tyle i aż tyle.
Dla niektórych widocznie za dużo.

BEZNADZIEJNE PRZYPADKI

I zawsze znajdzie się ktoś z sytuacją, która wydaje się być beznadziejna. Gorsza od wszystkich innych. Sprawa, która wydaje się być bez wyjścia. Tylko wiecie co? Mówienie o tym, jak jest okropnie i jak bardzo macie przekichane nic nie zmienia. Kompletnie. Już lepiej rozejrzeć się wokół i poszukać drzew.
A może gdzieś zobaczycie też drabinę.

PRZEGAPIAJĄC ŻYCIE

Problemem jest to, że ludzie nie wierzą. Nie dają wiary, że naprawdę czasami wystarczy po prostu zacząć. Rozpędzić pojazd i do niego wsiąść. A potem, zazwyczaj, jakoś to się toczy.
Oczywiście, przyda się też drabina. Przecież gdzieś możesz minąć drzewo.

Możesz czekać na idealny moment całe życie – twoja sprawa. Możesz ciągle udawać, że okazje cię nie dotykają i właśnie ty tych szans nie masz. Ale czy na pewno? Ile razy widziałeś ogłoszenie o wydarzeniu, które cię interesowało, ale w końcu na nie nie poszedłeś, bo ci się nie chciało? Jak wiele razy znajomy proponował ci coś, co może właśnie było szansą? Ile razy odwoływałeś spotkanie, bo zawsze było coś ważniejszego? Zabawne, że tyle mówi się o byciu asertywnym i o odmawianiu, podczas gdy jedyne, co niektórzy ludzie potrafią, to mówienie „nie” i znajdywanie wymówek. Gdyby chociaż połowa krzyczałaby ciągle „tak!” na wszystko, co się wydarzy, drabin przy drzewach byłoby więcej.

Pewnie, że można odłożyć życie na bok. To dużo prostsze. Wystarczy przecież tylko być, a nie żyć.

Znajdź mnie na facebooku.

Przeczytaj także: