Jeśli kiedyś przy rozdawaniu Nobli powstanie nagroda za bycie najbardziej ugodową osobą na świecie, stawiam całe swoje oszczędności ze świnki-skarbonki, że bez problemu zmiotę konkurencję. Zawsze byłam z tych, którzy nie potrafią się porządnie kłócić. Ani gniewać. Nie mówiąc już o tym, że jak już ktoś naprawdę nadepnie mi na odcisk i spowoduje u mnie focha, to trwa on maksymalnie kilka godzin – a i to już jest szczytem moich możliwości. I wiecie co? Koniec. Pierdzielę to.

Unikam konfliktów.

Nie lubię się kłócić albo ścierać z innymi ludźmi. To nie w moim stylu. Czasami przemilczam pewne sprawy, innym razem udaję, że problemu nie ma, chociaż jest, i to duży. Jestem jedną z tych osób, która gdy dostaną niedobre danie w restauracji, pokornie je zje, żeby nikomu nie było przykro.
I przestało mi się to podobać.

TIM, MÓJ BOHATER

Gdzieś pomiędzy kolejnym „ależ nic się nie stało” i „dobrze, nie ma problemu” zobaczyłam obrazek z Timem.
Pierwsza myśl: Boże, ale z tego Tima wredny człowiek.
Druga myśl: Nie, on nie jest wredny. On po prostu ma w dupie, co inni myślą i wymagają, bo ma swoje potrzeby i właśnie je spełnia, lecąc nie wiadomo gdzie za pomocą czerwonych balonów.
I nie wygląda, jakby się przejmował tym, jaką opinię będą mieli o nim ludzie. 
Tim ma swoje życie i doesn’t give a shit.
I zaczęłam po prostu Timowi zazdrościć.
Chociaż dobrze wiem, ze nie da się zadowolić wszystkich ludzi na tym świecie, ciągle naiwnie próbuję. Jestem grzeczna, kiedy powinnam tupnąć nogą i postawić granicę. Robię coś, chociaż czuję, że ktoś nadużywa mojej cierpliwości i naiwności. Przymykam oko na wiele spraw, a potem się dziwię, że jestem zmęczona i zrezygnowana.
Bo gdybym ja miała do wyboru lot czerwonymi balonami, to najpierw bym spytała, czy ktoś nie chce tego bardziej ode mnie.

WŁAŻENIE NA GŁOWĘ

Ludzie to czują.
Czują to klienci, którzy próbują w różny sposób naciągnąć mnie na kolejną usługę (w gratisie) albo milion poprawek (bo przecież są malutkie i nie zajmą pani dużo czasu).
Czują to znajomi (chyba się nie obrazisz, jak piąty raz z rzędu odwołam spotkanie? Nie? Super! To do następnego!), rodzina, pani w sklepie (to może jeszcze 15 deko? Chyba pani nie odmówi?)
 i nawet ludzie w internecie (Cześć Marta, ułożysz mi dietę? Siema Marta, wybierzesz mi buty do biegania? Hej Marta, słuchaj, czy uważasz, że moje jedzenie jest w porządku? Przesyłam rozpiskę).
A ja się na to wszystko zgadzałam, bo nie chciałam kogoś urazić, pisząc, że nie mam czasu, że nie chcę jeszcze 15 deko tej szynki, bo ona wcale nie jest dla mnie i że nie, nie wybiorę butów, bo to przynajmniej czterdzieści minut roboty, a jestem zawalona zleceniami.
Myślałam, że ludzie to zauważą – że się staram, że idę im na rękę i robię dużo rzeczy, których wcale nie muszę robić, ale to działa zupełnie odwrotnie. Im  więcej od kogoś dostajesz, tym większy masz apetyt. I  tym  bardziej  jesteś ślepy na jego wysiłek, zaczynając uważać, że tobie się to po prostu należy.

PO PROSTU ROBIĆ SWOJE

I wcale nie chodzi o to, żeby nagle przestać był miłym, uczynnym człowiekiem: rzecz polega na tym, żeby nim zostać i jednocześnie mieć swoje granice. 
 
Nie stresować się tak strasznie tym, że jak zjem ostatni plaster szynki, to ktoś inny nie będzie mógł go zjeść. Nie myśleć tyle o tym, że jak nie odpiszę, odmówię albo stanowczo powiem, że to mi się nie podoba, to kogoś obrażę. I co najważniejsze: nie przejmować się tak tym, co sobie ludzie pomyślą, jeśli raz na jakiś czas ważniejsze będą MOJE potrzeby, a nie wszystkich innych.
Ja się tego uczę. Chcę kiedyś jak Tim rozpędzić się, chwycić za balony, wystawić popularnego faka ludziom, których akceptacji nie potrzebuję do szczęścia i sobie polecieć, nie patrząc na to, czy ktoś pomyśli, że jestem niemiła, niewychowana albo niegrzeczna.
Bo nie jestem. Ja po prostu robię swoje.
Znajdziesz mnie na FACEBOOKU.

Przeczytaj także: