Codziennie rano spotykacie się od razu po przebudzeniu.
Czasami coś do ciebie podśpiewuje, bo ma dobry humor, albo marszczy czoło i robi minę obrażonego pięciolatka, którego osa ugryzła w zadek. Widzisz te wszystkie grymasy w lustrze. Zwykle jednak tak przyzwyczaiłeś się do tego widoku, że po prostu to ignorujesz. Kiedy oboje wychodzicie z łazienki, próbuje z tobą porozmawiać: zagaduje, wywołuje migrenę, powoduje u ciebie ból brzucha. Wszystko, byleby tylko zwrócić na siebie uwagę. Szybko wyszarpujesz rękaw i ruszasz dalej. – Sorry, śpieszę się – rzucasz zza ramienia, nie poświęcając mu nawet jednego, jedynego spojrzenia.
Przecież to może poczekać.

To, co ma do powiedzenia, zawsze czeka.

Nie wysypiasz się. Nie chce ci się ruszać, bo teraz jest zimno, a za kilka miesięcy będzie za gorąco – w każdym razie, zawsze znajdzie się wymówka.  Jesz byle jak, bo  uważasz, że trzeba mieć niezłego świra, żeby wsuwać jakieś kiełki i zastanawiać się poważnie nad tym, co wsadzić na talerz. Jedzenie to jedzenie, nie? No właśnie.
Szkoda, że twoje ciało ma inne zdanie na ten temat.

Nie chodzisz do lekarza, bo w tym kraju wiąże się to z wieczną kolejką. – Wiem co mówię, starzeję się tam – powtarzasz za rodzicami, chociaż tak naprawdę nie wiesz, jak jest teraz, bo ostatni raz pojawiłeś się w gabinecie pachnącym lekami i zastrzykiem na szczepieniu po osiemnastce. Lepiej przecież wziąć jakieś tabletki, APAP, aspiryna, do wyra i tyle. Jak coś boli – zawsze znajdzie się coś przeciwbólowego. Jak swędzi – wystarczy krem w okrągłym opakowaniu z niebieską nakrętką.
Na wszystko znajdzie się sposób.

~*~

Stresujesz się, bo po prostu ciągle coś się dzieje w swoim życiu i to twój stały element dnia. Wiesz, ssanie w żołądku, mini-zawał przed zajęciami (bo znów zapomniałeś coś przygotować) albo nagły kubeł lodu w brzuchu – normalka, nic specjalnego. Każdy się przecież stresuje, prawda? No właśnie. A jak nic nie pomoże – to tabletki też są. A jak nie tabletki, to codzienny wieczorny rytuał z alkoholem ukoi szargane nerwy.

Gdy jesteś młodszy – wystarczy tabliczka czekolady. Jedna, druga. Codziennie. Przecież nie tyjesz, więc czemu miałbyś się ograniczać? Będziesz się martwił, jak przytyjesz, teraz jest w porządku. Do tego jakiś fajny napój energetyczny bo jest sesja albo matura i trzeba mieć kopa, żeby jeszcze o pierwszej w nocy trochę pozakuwać.

Nie wprowadzasz żadnej regularności, bo przecież życie na spontanie jest najwięcej warte. Schemat dnia? Godziny spania? Organizacja czasu? –  Przecież trzeba mieć kij w tyłku, żeby tak żyć. Albo w ogóle się z życia nie cieszyć – myślisz, popalając po cichu papierosa, tak, żeby rodzice nie zauważyli. A jak nie rodzice, to partner. Przecież ci zabronił i straszył rakiem.

Głupek. Rak dotyka tylko innych ludzi. Tych z telewizji. Gwiazdy jakieś. Albo znajomych znajomych i koleżanki mamy. Czy ja mogę mieć raka? Oczywiście, że nie. Co za bzdura.
Żebyś kiedyś się nie zdziwił.

NIESPODZIANKA

A potem nagle, nie wiadomo kiedy, to wszystko obraca się przeciwko tobie. Budzisz się rano i nie możesz wstać. Chcesz przebiec na autobus i łapiesz zadyszkę. Trafiasz wreszcie do lekarza i okazuje się, że trochę wszystko zepsułeś, bo gdybyś przyszedł pól roku temu wszystko wyglądałoby inaczej.

Patrzysz w lustro, a twoje odbicie uśmiecha się z satysfakcją, tą taką złośliwą. Patrzy na ciebie ze zmrużonymi oczami i ku twojemu zdziwieniu zakłada ręce i mówi:
–  A trzeba było mnie słuchać.

PS Może odpocznij dzisiaj, co?

 
Przyjdź na mojego FACEBOOKA, czekam tam na Ciebie.

Przeczytaj także: