Zawsze gdzieś są.
Czasami spotykasz ich w szkole, innym razem w pracy, na ulicy albo – o dziwo – nawet we własnej rodzinie. Wyglądają dobrze, mówią jeszcze lepiej i mają to spojrzenie, które sprawia, że w ciągu sekundy masz ochotę uciec z podkulonym ogonem. Spojrzenie, które miażdży, wwierca ci się w czaszkę i sprawia, że nagle dotyka cię dziwne uczucie.
Zaczynasz czuć się gorszy.

Znacie ludzi, którzy zadarli nos tak wysoko, że za każdym razem zastanawiacie się, jakim cudem się nie potykają, chodząc po ulicy?

Ja znam. I znam też uczucie, które potrafią wywołać samym spojrzeniem. Takim, które w jednej chwili bagatelizuje wszystkie twoje dokonania i sprawia, że czujesz się przy nich małym robaczkiem, który ma zaszczyt pławić się w ich wspaniałości.

JESTEM GORSZY

Wcale nie jest trudno poczuć się gorszym, niż cała reszta ludzi. Szczególnie, kiedy spoglądasz na świat i widzisz przepiękne gwiazdy, które swoją urodą powalają na łopatki, albo szczupłe szafiarki z idealnymi stylizacjami, paznokciami i pokojami rodem z jakiegoś katalogu meblowego. Przeglądasz zdjęcia w internecie, porównujesz je do siebie i w twojej głowie rodzi się pytanie pokryte żalem: dlaczego ja tak nie wyglądam?
Wiesz, trudno nie czuć się gorszym, kiedy określasz siebie tak surowo, że nawet nie chce ci się spoglądać w lustro. Bo po co? Skoro nie masz hollywoodzkich włosów i cudownie fotogenicznej twarzy, która wygląda doskonale na każdym możliwym zdjęciu?
Czasami po prostu czujesz, że kompletnie nie pasujesz do tego świata – świata wypełnionego zdjęciami imponujących obiadów, jedzonych chyba przy przeglądaniu instagrama, idealnych, ustawianych zdjęć i ludzi, którzy wiecznie coś robią i są tak zorganizowani, uśmiechnięci i ambitni, jaki ty nigdy nie byłeś.
Zdj. Patrycja Kastelik
Zresztą, trudno nie czuć się gorzej, kiedy wszyscy dookoła trąbią o swoich sukcesach. O awansach, rzucaniu pracy, doskonałym samopoczuciu każdego dnia oraz szóstkach na świadectwie. O idealnie mądrych dzieciach, wspaniałym małżonku i kredycie, który jest tak dopasowany, że nawet go nie czuć. Masz czasami wrażenie, że tylko ty jesteś jakiś wybrakowany, bo w tych wszystkich opowieściach o cudzym życiu nie potrafisz znaleźć elementu wspólnego. Bo twoje życie wcale nie jest tak fascynująco ciekawe, nie wszystko się układa jak trzeba, a kiedy wychodzisz w nowych, ładnych butach na miasto, to istnieje szansa w postaci osiemdziesięciu procent, że wdepniesz w coś, co zostawił pies sąsiada.
Zadziwiające, ale właśnie akurat twoje życie nie wygląda tak samo, jak życie ludzi z internetu czy telewizora. Twoje jest gorsze.
A przynajmniej ty tak uważasz.

TYLKO TY TAK MYŚLISZ

Prawda jest taka, że nikt nie ma życia idealnego. Może za tymi wspaniałymi obiadami na instagramie i cudownymi stylizacjami kryje się samotność. Może za sukcesami i wspaniałą karierą czai się choroba. Każdy z nas ma szansę, ale też każdy z nas nie raz wdepnął w prezent od tego samego psa sąsiada.
I wiesz, od czego zależy to, że czujesz się gorszy? Od ciebie. Tylko i wyłącznie. Bo zamiast mierzyć siebie swoją miarą, co wydawałoby się logicznie, patrzysz na siebie porównując się do innych – tak, jakby w magiczny sposób, bylibyście tym samym człowiekiem, z tymi samymi problemami, z takim samym startem i z takimi samymi możliwościami.
A tak przecież nie jest.
Czy zdarzają się ambitniejsi od ciebie? Na pewno. Czy bogaci? Oczywiście. Ale czy to znaczy, że ty w porównaniu z nimi jesteś gorszy?
Nie.
Jesteś po prostu inny.

CZERWONI I SREBRNI

Zabawne, że dokładnie tak samo jest w Norcie. Ludzie dzielą się na dwie frakcje – Srebrnych i Czerwonych. Różni ich wiele rzeczy: kolor krwi, zdolności oraz zasobność portfela, bo o ile Czerwoni harują i nic z tego nie mają, o tyle Srebrni drzemią sobie w jedwabiach, które z kolei znajdują się w przepięknych pałacach.
I chyba się domyślacie, którzy z nich czują się jak robaki.

I tak, właściwie, mogłoby się to skończyć: Czerwoni pokornie pochylają głowy i pracują, a Srebrni, jak to arystokraci, popisują się zdolnościami (jedni władają wodą, inni ogniem, kolejni potrafią zaglądać do umysłu prawie tak dobrze, jak Voldemort) i walczą ze sobą na arenie, prawie jak za czasów rzymskich gladiatorów.
Czerwoni bez problemu pozwalają siebie wykorzystywać, bo czują się gorsi, a zadufani w sobie Srebrni jeszcze bardziej utwierdzają ich w tym przekonaniu.

Aż wreszcie znajdują się jacyś Czerwoni z głową na karku, którzy zaczynają rozumieć, że tak być nie musi. Że wcale nie są gorsi – są po prostu inni.

Zaczynają się zbierać pod sztandarem Szkarłatnej Gwardii – grupy buntowników, która ma zamiar raz na zawsze zepchnąć Srebrnych z tronu i wprowadzić równouprawnienie. Całkiem kulturalnie, jak na bunt przystało, planują zamachy i morderstwa, na co Srebrni reagują paniką i zasadą oko za oko.
Cóż przecież znaczy kolejne marne życie jakiegoś Czerwonego, prawda?


A potem wszystko przewraca się do góry nogami, bo na scenę wchodzi Mare Barrow.

Wyjaśnijmy coś sobie: Mare jest jedną z Czerwonych, a przynajmniej tak jej się wydaje. Do momentu, w którym nagle okazuje się, że chociaż rzeczywiście jej krew ma szkarłatną barwę, to Mare posiada też wszystkie te czary-mary, którymi charakteryzują się Srebrni.
Stoi więc w rozkroku między granicą i jest ciągnięta za rękę przez jedną i drugą stronę, bo każdy chce wykorzystać ją do swoich celów. Srebrni – żeby uciszyć zamieszki. Czerwoni – żeby wygrać bunt. A co się dzieje potem?
Nie mogę powiedzieć.

~*~

Powiem za to, że już dawno nie czytałam tak ciekawej i wciągającej książki. To ona jest powodem, który przyczynił się do opóźnienia mojej pracy licencjackiej. Leżałam jak drąg na łóżku i czytałam strona po stronie, tak wsiąkając w ten świat, jakby ktoś mnie tam wciągnął za fraki. I chociaż nie przyznałabym się do tego za żadne skarby, to nie da się ukryć, że jedną z ciekawszych rzeczy był też intensywny wątek miłosny, który wywoływał u mnie rumieńce na policzkach i typową babską ciekawość (co będzie dalej?!). No cóż, nie jest tajemnicą, że mam słabość do romansów.

I jeśli jesteście jednymi z tych ludzi, którzy myślą, że nie przeczytają tej książki, bo „nie lubią fantastyki”, albo coś w tym stylu to… i tak sięgnijcie po „Czerwoną Królową”. Warto. Spodoba się wszystkim, niezależnie od upodobań czytelniczych.

WYGRAJ „CZERWONĄ KRÓLOWĄ”

I dlatego daję też Wam szansę poznać tą historię. Aby dostać świeżutki, pachnący nowością i ekstra-wciągający egzemplarz „Czerwonej Królowej”, należy:

1. Napisać w komentarzu, jaką magiczną zdolność chcielibyście posiadać i dlaczego,
2. Zostawić swój adres e-mail.

Mam do rozdania trzy egzemplarze „Czerwonej Królowej”, konkurs trwa do wtorku, 24 lutego.

Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Otwarte.

Przeczytaj także:

  • zaciekawiony

    bohater filmu Zielona mila z Tomem Hanksem tak miał; 😛 ale niestety źle się to dla niego skończyło

  • kabatka

    Świetny blog , czekam na kolejny wpis!