Kiedyś mówiono, ze nie szanujemy prywatności. Uzewnętrzniamy sie na profilach społecznościowych, podajemy dokładny adres, wrzucamy zdjęcia nagich bobasów i robimy sobie zdjęcia z wyplata, bo przecież warto oznajmić światu, ze juz pierwszy i przyszedł przelew.
Teraz jest inaczej. Rozmazane fotki zastąpiły sesje wykonywane lustrzanką, adres – poważny, biznesowy e-mail, a zamiast wypłaty to, co za nią kupiliśmy – nowy samochód albo wakacje na Karaibach. I tylko jedno sie nie zmieniło: chęć wykreowania się na fajniejszego niż jesteś.
Wszyscy teraz muszą mieć markę. Ty, twoja babcia, pan Mietek ochroniarz i kupa innych ludzi. Zewsząd słychać: pamiętaj, by uważać na słowa. Pilnuj się, aby nie zrobić nic, co jest sprzeczne z twoim wizerunkiem. Kreuj swoją markę osobista, ulepszaj swój branding, pamiętaj o odpowiedniej taktyce. Nie dodawaj zdjęć o 10 rano, bo nikogo wtedy nie ma na fejsie. Wrzucaj co drugi dzień zdjęcie z twojego cudownego, idealnego życia. Nie mów nic na spontanie, bo możesz strzelić gafę.  Wbij sobie do głowy strategię i się jej kurczowo trzymaj, bo ten ma władzę, kto ma silna markę.
 
W Internecie nie jesteś osobą, jesteś kreacją! Masz się reklamować, sprzedawać, masz się wystawić na festiwal lajków i zgarnąć kilka tysięcy nic niewartych kciuków w górę. I zatonąć. We własnym, wymyślonym obrazie.
A ja mam tego serdecznie dosyć.
Wiecie, kiedy mogę być marką? Kiedy pracuję. Prowadzę firmowego bloga. Udostępniam najnowsze prace na firmowym fanpejdżu. Wysyłam CV. Gadam z klientem. Wtedy czuję, że bycie marką jest odpowiednie – na miejscu. Że to nie jest udawanie, kreowanie, wymyślanie i tworzenie kogoś, kogo nie ma.
~*~
Ta wszechobecne parcie na bycie marką sprawiało, ze zaczynałam mieć wyrzuty sumienia. Czułam presję – o czym wspomniałam niedawno tutaj. Im więcej czytelników, tym większa odpowiedzialność za własne słowa. Czułam się nie na miejscu. Czułam, jakby do mojego życia wpadł kamyk – taki jak do buta, a ja go nie wyciągam, bo nie chce mi się schylać.
Bo przecież wszyscy dążą do profesjonalizacji swoich blogów, robią z nich mini jednoosobowe redakcje, a ja dalej wrzucam zdjęcia z darmowych stocków, bo nie potrafię zrobić sama ładnego ujęcia z kolorową chusteczką w tle i światełkami od choinki.
Bo nie potrafię stonować wpisu, kiedy coś mnie wkurzy.
Bo nawet nie potrafię przyporządkować swojego bloga do jakiejś kategorii.
Bo myślałam, ze ja też muszę kreować swoją markę, bo przecież tak robią najlepsi. Tyle, że wychodzi mi to tak, jak zawodnikowi sumo ścisła dieta, a Angelinie Jolie bycie brzydką.
Bo widzicie, kiedy zaczynam tu pisać, to czuję, ze ja tą marką nigdy nie będę. Nie potrafię. To moje miejsce: strona, na której jestem sobą – nawet jeśli w zestawieniu z innymi wypadam jak kopciuszek przed przemianą. I porównując się do innych – chociaż sama piszę, że to głupie – czułam się jak taki kopciuch. Ubrudzone, nie chodzące na spotkania. Nie potrafiące strzelić sobie profesjonalnej foty.
I przejmowałam się tym do momentu, w którym mnie olśniło.
Kiedy wreszcie zrozumiałam, ze wcale nie chcę, żeby było inaczej. Że jestem dumna z tego, że jestem sobą.
Zresztą, jak mówią obrazki w Internecie, wszystkie inne osoby są już zajęte.
Może nigdy nie będę miała wycackanego, pięknego bloga z odpowiednio pozytywną i lajfstajlową treścią. I wreszcie czuję, że kompletnie mi to wisi.
Bo jestem Martą. Taką z krwi i kości. A to jest martowy blog i dlatego nigdy nie będzie inny.
Martą, która dodaje rozmazane zdjęcia, bo w chwili ich robienia wcale nie myśli o lustrzance i odpowiednim tle.
Martą, która z radością wskakuje na plac zabaw i próbuje być jak Miley Cyrus z Wrecking Ball (tylko bez tej części, w której liże młotek).
Martą, która ma kota z wąsami, których pozazdrościłby nawet Wałęsa (przepraszam, ale taka jest brutalna prawda,  panie Lechu).
Martą, która nosi czapki w kształcie kota. I rękawiczki w kształcie kocich głów.
Martą, która jest niesamowicie szczęśliwa.
Martą, która naiwnie wierzy w to, że swoje życie można zmienić, niezależnie z jakiej pozycji startujesz.

Martą, której drugi kot ma cały świat głęboko w dupie.

Martą, która po nocach gra w Simsy i tworzy toksyczne związki. Może nie morduję Simów, ale romanse z sąsiadką i dzieci-bękarty są u mnie na porządku dziennym.

Martą, która jest Martą. Tyle i aż tyle.

I tak naprawdę, to czy ktoś jest marką czy nie jest -to nie problem. Niektórzy pięknie potrafią wykorzystać swoje miejsca w sieci do zareklamowania własnej działalności i własnej osoby: i dobrze. Takie blogi są potrzebne. Problem pojawia się wtedy, kiedy głupio ulegasz presji i czujesz wyrzuty sumienia. A jeszcze głupiej, kiedy najpierw piszesz tekst o Basi, a potem sama nie słuchasz własnych rad.

Może w odmienności jest mój urok – a może nie. Ale nie kiszę się już w stroju, który do mnie nie pasuje.
Nigdy nie byłam typem modnej dziewczyny.

Wbrew pozorom, takie wpisy pisze się najciężej. Pokazujesz cząstkę siebie, grasz w otwarte karty i czekasz na reakcję.

Przeczytaj także: