Od dwóch godzin bez celu gapię się w monitor. Idzie jedna herbata. Druga. Facebook, zdjęcie z kotem, pójście do innego pokoju, żeby sprawdzić, czy nic się tam nie zmieniło. Niestety: meble na miejscu, chłopak też, mecz leci, kot przeniósł się na drzemkę za firanką i myśli,  że nikt go nie widzi. Wracam i wiercę się na krześle. To pisać to, czy nie pisać? Nikt nie przeczyta. Nikogo nie zainteresuje. Lepiej, jakby było o facetach drwalach, pięciu sposobach na coś tam albo zdjęciach z ostatniego miesiąca, wklejonych skwapliwie na instagram.
Ale nie będzie. Bo to jest wybitnie prawdziwy post. 


Coś mnie ostatnio mocno przydusiło i teraz trzyma mnie za ręce. I nie, to wcale nie jest jakiś oprawca z fetyszem, który chce mi zrobić krzywdę, nie musicie wzywać policji. Usiadło mi na plecy stare dziadostwo, zwątpienie i jego kumpel przygnębienie, i – o ironio – radośnie mi skaczą po grzbiecie, mając gdzieś moje prośby o zejście i danie mi spokoju.

Walczę sama ze sobą, bo nigdy się nie daję – ani bólowi tyłka (a taki też się zdarza), ani smutkowi, ani nawet złym dniom, na które mam idealną receptę, wypracowaną z niezwykłą starannością. Tyle tylko, że dzisiaj to nie pomaga. I wczoraj też.

TO DURNE UCZUCIE

Znacie to uczucie, kiedy przychodzi sprawdzian, na który uczyliście się przez kilka dni i dostajecie dwóję? I hej, to nie koniec – największa ofiara w klasie, która nawet nie zdawała sobie sprawy, że wbija dzisiaj prosto na sprawdzian, dostaje wielką, lśniącą piątkę? Niesprawiedliwe, co? Wiecie, co wtedy czujecie?

Ból tyłka.
Ból, że tyle zasuwaliście i macie z tego wielkie, krągłe zero. Ból, że ktoś kompletnie ma wszystko gdzieś i dostaje coś, na co nie zasługuje – ale ma po prostu szczęście. Bardzo brzydki ból, bardzo paskudne uczucie. Takie, którego powinno się unikać. Takie. którego szczerzę nie lubię. bo jest bardzo zawistne i złośliwe. A jednak nic nie potrafię poradzić na to, że czasami we mnie kiełkuje.

I to mnie cholernie wkurza.

Wkurza mnie to,  że czasami to czuję, bo sama tyle razy powtarzam, że nie należy się do innych porównywać – i mam rację! Nie chcę czuć tego cholerstwa! Co ci z tego, że Hanka może za jednym razem spłacić kredyt, a ty będziesz sobie odejmował od gęby przez następnie 30 lat? Nic. Nic nie nie da ta wiedza i myślenie o tym, że ktoś ma coś za pstryknięciem palca. Ty nie jesteś Hanka, więc jej do portfela nie zaglądaj. Ani do kariery. To jest tak głupie, tak nielogiczne – no bo co cię boli, że ktoś też coś osiągnął, tylko mniejszym kosztem? Pluj na to, patrz na siebie. To ty masz iść do przodu. To ty kierujesz swoim życiem.

A jednak, mimo wszystko, gdzieś tam czasami, po tych wszystkich dniach harowania i starania się, pęka jakaś tama. Taka, która każe ci się schować pod kołdrę i sobie popłakać, bo wypruwasz sobie żyły i starasz się jak możesz, a potem widzisz, jak ktoś na torze obok wsiada w rakietę i zostawia cię w tyle. Nie dlatego, że ma umiejętności. Nie dlatego, że zrobił coś wybitnego.
Dlatego, że tak się życie potoczyło. Los, szczęście, karma – cokolwiek. I już.

A ty – chociaż zazwyczaj poklepałbyś go po ramieniu i powiedział „dobra robota!” tym razem już nie możesz.
Bo tak bardzo się starasz… i nic.

I KOLEJNE, DURNIEJSZE

Ale ból tyłka to jest tylko początek góry lodowej – szybko da się przełknąć. Jak niedobry syrop. Zamykasz oczy, zatykasz nos, otwierasz buzię i jedziesz. Popijasz szybko wodą i po sprawie. Już jest w porządku. Już możesz ruszać dalej i wiedzieć, że ty Hanką nie jesteś, tylko sobą i tylko to cię powinno interesować.

Bo gorsze są wymagania. Albo – presja. Tego nie napiszę, bo nikogo to nie interesuje. Tamtego nie poruszę, bo za smutne i zaraz mi zarzucą, że znowu smęcę. Tego też nie dam, bo było ostatnio i usłyszę, że ja ciągle odgrzewam ten sam kotlet. 

Presja. Musi być dobry wpis. Musi być ciekawy – nikt nie chce słuchać o pierdołach, które cię naszły w czasie jazdy tramwajem. Musi być interesujący. Piszę dla siebie? Owszem. Ale piszę też DO ludzi i DLA ludzi. Gdyby tak nie było, blog by nie istniał. Wystarczyłby mi Word albo szuflada w biurku.
A ja najbardziej kocham w tym całym pisaniu odzew. Piszę, co mam w głowie i ludzie mi odpisują – też o tym, co mają w głowie. Wymieniamy się myślami, zauważyliście? A niby to wszystko takie banalne: post, blog, komcie i te sprawy, zwykła rzeczywistość, żadnej w tym magii.
A jednak.

Ja nie muszę zadowolić tylko czytelników. Ja też muszę zadowolić siebie. Wieczne kompromisy, bo oprócz tego całego uśmiechu na co dzień, dużo we mnie strachu. Że mam się nie przejmować zdaniem obcych ludzi? Jak Wy nie jesteście obcy. Znam Wasze imiona albo pseudonimy. Widzę Wasze blogi. Po komentarzach wiem, co piszecie i co myślicie.
Jak się nie przejmować opinią ludzi, którzy są w jakiś sposób dla Ciebie bliscy?

Więc, mówiąc krótko, presja jest spora. Dużo tekstów odpadło i nigdy nie zostało napisanych. Może i lepiej. A może nie. Ale podczas tego trzydniowego bólu tyłka i chowania się pod kołdrą, olśniło mnie coś, co przecież wiedziałam od zawsze, tylko schowało się gdzieś w tyle głowy.

Jak ktoś kogoś akceptuje, to całego. Nawet z miesiącem nieudanych tekstów albo smutami przez dwa tygodnie. 

Wszyscy ciągle o tym wizerunku, jego kreowaniu, o twarzy, o masce. Może gęba, taka gombrowiczowska? Może etykietę sobie na czoło przylepię? Nie jestem firmą, nie jestem piosenkarzem, który musi mieć jakiś image, nie jestem kimś, komu w sumie potrzebny wizerunek, a jednak wszędzie w sieci pisze, że mus. Że trzeba. Wszystko na miarę, wszystko piękne, czyste, nowe, idealne. A gdzie bycie – nie wiem, może za dużo żądam – SOBĄ?

Nie. Męczy mnie już to całe gadanie o tym, jak kreować swoją markę, bo czy ja jestem marką? Martą owszem, ale marką chyba nie. Jestem sobą. Tyle.  Nie produktem, którzy trzeba rozreklamować, bo inaczej się nie sprzeda. Nie chcę, żebyście mnie kupowali. Chcę, żebyście mnie akceptowali. Nie chcę czuć tego uczucia, które niedawno przyszło razem z większą rzeszą czytelników – strachu. Że się nie spodoba. No i? Najwyżej nikt nie przeczyta, swoje myśli wylałam na klawiaturę. Tak miało być. 

I właśnie stoję przed Wami cała, mogłabym powiedzieć że nago, ale tylko mentalnie. Fizycznie zaś -zapewniam dla spokoju Waszej wyobraźni –  że mam na sobie komplet ubrań.  Nie będzie super pozowanych zdjęć ładnych rzeczy na instagramie, bo nigdy mi to nie wychodzi. Nie będzie tylko śmiejąco się i śpiewająco, bo ja też czasami się nie stosuję do własnych rad, co mnie bardzo denerwuje.
Jestem tylko ja. I teraz pytanie do Ciebie: akceptujesz i bierzesz, czy nie?

Przeczytaj także: