Jesień tamtego roku była zachwycająco ciepła. I tak to się zaczęło: my, nasze pulchne jak dobrze ugotowane pyzy, dziecięce jeszcze policzki i podniecenie, bo przecież zaczyna się nowy rozdział. Rozglądanie się na boki, pierwsze poszturchiwania i udawane, sztuczne „cześć” tylko po to, by nie wzięli cię za szarą myszkę. Pierwsze grupki, które po tygodniu stawały się smutną przeszłością – zawsze okazywało się, że nie przetrwały nawet pierwszych pięciu dni.
I tak się zaczęła ta nasza klasa.



Anki nikt nigdy nie widział. To znaczy: ona istniała, i owszem, tylko przez wieczne milczenie i nierzucający się w oczy wygląd stawała się dla bandy nastolatków podnieconych liceum kompletnie niewidzialna. W tej swojej czapce niewidce paradowała przez wszystkie trzy lata, co doprowadzało do tego, że gdy jej nie było, nikt tego nie zauważał. Jest Anka? – pytał nauczyciel, a ludzie rozglądali się po ławkach, próbując przypomnieć sobie, jak wygląda. Ance to chyba nie przeszkadzało. Czuła się dobrze przykryta płaszczem niewidzialności, jak Harry Potter w czasie swoich wypraw po Hogwarcie.

Co innego – Dominika. Rzuciła się w oczy i to porządnie, zwłaszcza chłopakom. Wyglądała na starszą, nosiła obcasy i była jedną z tych dziewczyn, które gdy przejdą, powodują u  facetów szturchanie się łokciami i szepty „dziesięć na dziesięć!”.  Niestety, przez całe trzy lata nie zaszczyciła żadnego z klasowych kolegów cieplejszymi uczuciami, chociaż od tego pamiętnego pierwszego września lubiła się z nimi trzymać i była zawsze dobrym kumplem – takim, który śmieje się na głos z wszystkich twoich żartów.

Paulina z kolei była tą ambitną. Chciała mieć wszystko: dobre oceny, sympatię całej klasy i opinię „tej fajnej”. Dwoiła się i troiła, aż wreszcie, gdy rzuciła to wszystko w cholerę i przestała się spinać, zaczęło jej to wychodzić. Paulinę zawsze można było zobaczyć przy boku Sylwii. Sylwia była chyba jedyną osobą w klasie, która miała szczerze gdzieś wszystko, co się dzieje. Nie zależało jej na ludziach – miała swoje oddane grono przyjaciół i nie czuła potrzeby poszerzania go o kolejne osoby z nowej klasy. Z Pauliną siedziała na każdej lekcji i legenda mówiła, że nawet do kabiny toaletowej chodzą razem. Nikt tego jednak nigdy nie sprawdził.

Dalej była święta trójca: Alicja, Amelia i Klaudia. Trzymały się razem od dziecka i postanowiły nawet w liceum tego nie zmieniać. To była jedna z tych kobiecych przyjaźni, która ma etapy burz i słońca: raz było dobrze, a raz któraś walnęła fochem.

Arek był tym roztrzepanym, który zawsze strzelał pytaniami. „Jaki sprawdzian?”, „co było zadane?”. Miał słabość do papierosów na przerwie i chyba dzięki temu znał wszystkich w liceum. W kieszeni zawsze trzymał tabakę, a w głowie – filozoficzne myśli, które próbował rozkminiać na przerwach.

Piotr był klasowym przystojniakiem. Tak jak Dominika, powodował szturchanie się łokciami, tyle, że u dziewczyn. Co chwila przygładzał włosy ruchem modela i dokładnie wiedział, czego chce. Wtórował mu Damian – trochę mniej udana wersja Piotra. Więcej żelu na włosach, mniej oleju w głowie. Damian lubił dziewczyny i ciągle próbował, ale nigdy mu nie wychodziło, bo za bardzo chciał. Nie pomagało ani prężenie muskułów, ani teksty w stylu Bravo. Koleżanki z klasy kwitowały wszystko chichotem.
Tomek na początku trzymał się z boku – bo mu się nie chciało. Gdy potem wyszedł z cienia, szybko okazało się, że można z nim pogadać. Zawsze leciał na dwa fronty i trzymał jednocześnie z dziewczynami i chłopakami. Płynnie przechodził z jednego towarzystwa do drugiego i bez problemu zmieniał tematy.

I tak to mniej więcej wtedy wyglądało. 

~*~

Minęły prawie trzy lata od momentu, w którym nasza klasa odebrała od wychowawczyni papier z maturą i uścisk dłoni na pożegnanie. Bęc! I nagle każdy poszedł swoją drogą, nie oglądając się za siebie.

Anka się w ogóle nie zmieniła. Nie widać jej, ale chyba tego właśnie chce. Zakłada swoją pelerynę niewidkę i ściąga ją tylko dla bliskich koleżanek – bo przecież może.

Dominika po znajdywaniu tysiąca nowych partnerów co miesiąc, nagle znalazła takiego, który potrafił ją zatrzymać. Z dziewczyny, która o mężczyznach mówiła negatywnie – bo mimo jej wyglądu, ranili ją nieustannie – stała się jedną z tych szczęśliwych kobiet, które lubią co jakiś czas pochwalić się tym, że mają kogoś u boku.

Paulina dalej walczy ze swoją potrzebą rywalizacji i za dużą ambicją. Chociaż z Sylwią wylądowały w dwóch różnych miastach, gdy spotykają się na neutralnym gruncie – czyli wracają do rodzinnego domu – zaczynają nawijać jak najęte,  tak, jakby nie widziały się zaledwie od wczoraj.

Trójca nie przetrwała próby czasu. Każda poszła w swoją stronę – powoli i nawet nie wiadomo, kiedy. Kontakt zaczął się urywać, aż po jakimś czasie zaczął przypominać martwą kreskę sprzętu w podczas operacji, która pokazuje, że pacjent zmarł.

Arek z kolei nie przestał być roztrzepany, za to tabakę zamienił na tabletki, które sprawiają, że wieczorem jest w swoim świecie.  Nie widzi różowych słoni chodzących po suficie, ale swoje filozoficzne myśli przenosi na inny poziom – zbyt abstrakcyjny dla kogoś, kto magicznych tabletek na języku nigdy nie czuł. Piotr z przystojniaka zmienił się w kogoś, kto zbyt często przytula butelkę, a Damian najpierw z sukcesem upolował wreszcie jakąś dziewczynę, tylko po to, by po jakimś czasie zostać ze złamanym sercem.

Tomek jeszcze przed maturą zaczął spotykać się z Pauliną i tak już zostało. Czasami przychodzi do nich Arek. Widują się też z Klaudią i Alicją. O reszcie wiedzą tylko z opowiadań, bo każde wzięło swój plecak na plecy i poszło swoją drogą. Heja, i w tą całą przereklamowaną dorosłość.

Tak się skończyła ta nasza klasa.