Zjeżdżam suwakiem w dół.  Mieszkań jest mnóstwo: kawalerki i dwupokojowe, w bloku i w starej, poniemieckiej kamienicy, jako dodatek do rodzinnego domku lub strych w antycznej, zaniedbanej willi. Wszystkie są opisane jako piękne, cudowne, przytulne, jedyne w swoim rodzaju – tylko płacić kasę i brać.
I mieć nadzieję, że w łazience nie nocuje ktoś na gapę – na przykład wielki, metrowy grzyb.

LEPIEJ NIŻ W HOGWARCIE

Wiecie, sezon wynajmowania mieszkań zawsze mnie śmieszy.
To ten magiczny moment, w którym nagle jedna z najdalej położonych dzielnic we Wrocławiu jest zaledwie „pięć minutek od centrum”. W tym czasie w mieście dzieją się jakieś czary, ktoś odprawia tajemne gusła i nagle BAM!  – kawalerka na Trójkącie – czyli tam, gdzie łatwo można dostać śliwę pod okiem – staje się „mieszkankiem w uroczej, zabytkowej okolicy”.

Meble, które pamiętają twoją prababcię chodzącą w pieluchach są „stylowym wyposażeniem w klimacie vintage”, a meblościanka, której najlepsze czasy przypadały na triumf Wałęsy oraz dołączona do niej rozwalona kanapa to tak zwany „podwyższony standard”.

Bawi mnie, jak prysznic w kuchni nazywany jest nagle „nowoczesnym i zaskakującym udogodnieniem”, a łazienkę metr na metr określa się mianem „wygodnej i komfortowej”.
No cóż, przecież jakiś naiwny studencik zawsze wszystko weźmie, prawda?

CENA? 

W tytule ogłoszenia zawsze zachęcają: PIĘKNA, NOWOCZESNA KAWALERKA, TYLKO 1200 ZŁOTYCH. A potem? Rozentuzjazmowany wchodzisz, by poczytać szczegóły i dowiadujesz się, że owszem, 1200 złotych będziesz za mieszkanko bulił, ale musisz też wyskoczyć z kasy na rzecz czynszu (promocja, tylko pięć stówek!), wody, prądu, śmieci, internetu, opłaty od opłaty i kaucji.
Okazuje się więc, że kawalerka razem wynosi ponad dwa tysiące, a nie tysiąc. Czasami też właściciel zapomina wspomnieć, że ogrzewanie jest na prąd i owszem, w lato rzeczywiście kosztuje stówę, ale w zimie kwota robi się sześć razy większa.
Nie wiem tylko, co wynajmujący chcą tym osiągnąć – przecież jeśli ktoś ma określony budżet na wynajęcie mieszkania, to to, że cena będzie schowana w ogłoszeniu nie sprawi, że nagle zdecydują się kupić coś droższego.

Dla kontrastu, niektórzy są z kolei całkowicie szczerzy – piszą, że rzeczywiście, mieszkanie piękne i przytulne, ale prądu nie ma (bo rozłączyli całej kamienicy), a wodę można mieć tylko zimną. Szkoda tylko, że uważają, że ich lokum jest tak cudowne, że nie ma żadnego powodu, by cokolwiek odjąć z ceny.

O TYM SIĘ NIE MÓWI

Jeśli jesteś nowy w mieście – zacznij obawiać się o swoje życie. Żaden wynajmujący przecież ci nie wspomni, że owszem, mieszanko przytulne, ale położne w takiej dzielnicy, że powinieneś zapomnieć o jakimkolwiek wychodzeniu wieczorem. Nie powie ci też, że do centrum rzeczywiście jest 10 minut, ale samochodem, i to takim, który jedzie z prędkością dwieście na godzinę. To przecież nic nie warte szczegóły!
Nie pokaże ci też miejsca, w którym mieszka sobie drugi lokator – Pan Grzyb, schowany na czas oglądania mieszkania za szafką. Dopiero po przeprowadzce okazuje się, że Grzyb jest tak duży, że ma własne imię – nazwijmy go Zygmunt – i razem z nim do pokoju weszła cała jego rodzina. Odkrywasz to dopiero po miesiącu, kiedy próbujesz zrobić przemeblowanie i wychodzi na to, że przeszkadzasz Zygmuntowi w jego spokojnej egzystencji.

SZUKANIE MIESZKANIA TO WALKA

Naprawdę, szukanie lokum to prawdziwa walka – o to, by nie zwariować, przeglądając te wszystkie oferty i by wiedzieć, że lepiej się śmiać niż płakać – zarówno z prysznica w kuchni (który ma wypasione radio, jak zapewnia właściciel), jak i tego, że niektórzy chcą upchnąć pięciu studentów w jednej kawalerce. Bo przecież wszystko jest możliwe.
I chyba wynajmujący cholernie mocno w to wierzą.

Macie jakieś przygody z wynajmowaniem mieszkania? Ja już przerabiałam kiedyś obecność Zygmunta, a teraz, chociaż nic mieszkaniu nie brakuje, po raz kolejny ruszam na walkę i skaczę na główkę w morzu pełnym ogłoszeń w stylu: PIĘKNE, PRZYTULNE MIESZKANIE WYNAJMĘ.
A karaluchy dodam gratis.

  • Anonymous

    Oj ciężko ciężko znaleźć odpowiednie lokum… niestety. Szkoda, że czasem w „gratisie” dostajemy rzeczy, o których nawet by nam się nie śniło, a te z ogłoszenia – po dwóch dniach zamieszkiwania jakby wyparowały 🙂 Pozdrawiam serdecznie! Świetny blog, wpisy, tematy – wszystko 🙂 🙂 🙂

  • Anonymous

    Kochana, dokładnie wiem o czym piszesz. Jeszcze kilka dni temu przerabiałam ten temat z chłopakiem. Ofert była masa, ceny cudowne, każde mieszkanie miało być „ciepłe, przytulne”. A na miejscu… Totalna masakra… Trzeba się nieźle nagłowić, żeby znaleźć coś godnego uwagi i mieszczącego się w naszym budżecie. Kilka dni spędzonych na przeglądaniu ofert w internecie, setki wykonanych telefonów, godziny oglądania mieszkań na mieście. Jednak po kilku upierdliwych godzinach nam się udało znaleźć świetną kawalerkę w przyzwoitej cenie 🙂 Pozdrawiam!

  • Anonymous

    Świetny wpis! sama ostatnio stoczyłam walkę o dobre lokum i też spotykałam takie niespodzianki jak prysznic w kuchni i masa ukrytych opłat, chociaż właściciel zapewniał taką taniochę.. tak czy siak byłabym wdzięczna gdybyś pomyślała o notce dotyczącej mieszkania z chłopakiem, czy warto ze sobą zamieszkać, co to zmienia i jak razem przetrwać żeby się sobą nie znudzić itd. 🙂

  • W tym roku po raz pierwszy szukałam mieszkania – meble po babci i prysznic w kuchni to była norma, do tego własnie ukrywanie opłat, kwota potrafiła być dwukrotnie, a czasem nawet trzykrotnie wyższa. Do tego w większości standard taki, że nikt tam nie chce mieszkać za takie pieniądze. Moja obecna współlokatorka szukając pokoju trafiła na casting – oglądając mieszkanie dowiedziała się, że ma się ładnie zaprezentować, żeby mieć jak największe szanse na zdobycie pokoju.

  • Ja szukałam w sierpniu pokoju do wynajęcia w Rzeszowie. Znalazłam ogłoszenia… ale w większości bez zdjęć (mieszkam jakieś 270 km od Rzeszowa jeżdżenie żeby oglądać mieszkanie, które w ogóle mi nie odpowiada jakoś niespecjalnie mi się uśmiecha). Znalazłam jedno ogłoszenie, które mnie zainteresowała – niewysoka cena wynajmu pokoju, dogodna lokalizacja, blisko uczelni, dobrze skomunikowana z centrum miasta (w porównaniu do Krakowa to Rzeszów jest tak mały, że prawie wszystko jest w centrum lub jego okolicy :D), podobno pozostałe lokatorki do dziewczyny, z I i II roku. Dzwonię. Odbiera starszy pan i pierwsze pytanie to: „Który rok?”. Grzecznie odpowiadam, że urodziłam się w ’93. Pan już nieco mniej grzecznie ponawia pytanie, ale nieco zmienione: „Który rok studiów?”. Mówię, że pierwszy i trzeci, no co on, że pokój jest jednoosobowy, a nie dwu. Tłumaczę, że studiuję dwa kierunki, że jestem tylko ja, bez koleżanki czy kolegi. Dobrze nie skończyłam zdania, a pan już mi dziękuje słowami: „Nie, ja dziękuję pani, ja szukam dziewczyny z pierwszego lub drugiego roku żeby wszystkie na mieszkaniu były w tym samym wieku.” Byłam tak zszokowana całym obrotem sprawy i prędkością z jaką pan odłożył słuchawkę, że nie wiedziałam czy może jeszcze coś innego. Pan pewnie i tak by nie zrozumiał dzisiejszych czasów i tłumaczenia mu, że na pierwszym roku może być nawet osoba mająca 25 lat… Zdecydowałam się na mieszkanie w akademiku w tym roku.
    Miałam takie szczęście, że wynajmując pokój w Krakowie trafiałam na uczciwych i przesympatycznych ludzi. W ciągu dwóch lat mieszkałam w dwóch miejscach – w jednym 3 miesiące, a w drugim pozostałą część czasu. To drugie mieszkanie było w starej kamienicy, sam wygląd mieszkania też bez szału (choć była zmywarka!). Właściciele niczego nie ukrywali – ogrzewanie na prąd, podłoga skrzypi, w łazience czasem pojawia się grzyb, a do wany nie można nalewać wody tylko trzeba brać prysznic żeby na bieżąco spływała, bo inaczej się robi powódź. Życzę wszystkim, a także sobie, by trafiać właśnie na takich ludzi, na właścicieli mieszkania, którzy ci w niczym nie przeszkadzają, a jak przyjeżdżają to zamawiają pizzę i cię na nią zapraszają, i wino albo piwo do tego! 🙂

    • Tak się rozpisałam, że zapomniałam o jednym – te ceny! Niezliczoną ilość razy dawałam się samej sobie złapać, że patrzę na kwotę podaną u góry w ogłoszeniu „600zł” i myślę „Super! To jest to, w końcu znalazłam coś dla siebie!”, a dalej tylko czekało na mnie rozczarowanie i dopisek: „600zł + prąd + gaz + woda + śmieci + milion innych dodatkowych opłat”. To ukrywanie opłat to standardowy chwyt.

  • Zawsze są jeszcze akademiki, których ludzie nie lubią. Też nie ma luksusów, ale jest o 2/3 taniej, a prąd, woda i ciepło do oporu.

    • Anonymous

      Na PWR w akademikach są dopłaty za wodę i prąd 🙂

  • Heh, karaluchy.

    Niestety znam to z autopsji z jednej ze stancji. Taka niespodzianka w piekarniku czekała.

    Jednak akademiki są najlepsze 🙂

  • Mnie w całym tym mieszkaniowym zamieszaniu, bawią pokoje dwuosobowe i więcej urządzane w klitkach, które chyba prędzej powinny być spiżarnią. Jak sobie właściciel dobrze wykombinuje to do jedynki za 600zł dostawi drugie łoże (albo wstawi wersalkę po babci Jadzi i w tytule dopisze „przytulny, dla pary”) i już można brać po 500zł ale za osobę. Czysty zysk a student weźmie i tak.
    Spotkałam się też z koniecznością wyrażenia zgodyna weryfikację w bik przed podpisaniem umowy (czyli tam gdzie banki nas sprawdzają, czy nie mamy długów i sumiennie płacimy wszystkie raty) karą finansową za zakazane występki potwierdzone przez pozostałych mieszkańców (zapalenie papierosa, przenocowanie znajomego przedwczesne opuszczenie mieszkania mimo znalezienia zastępstwa,. Myślałam o wynajęciu pokoju dla dwóch osób, ale właściciel chciał ze mną podpisać umowę na całość,czyli w razie wu, w którym współlokatorka postanowiłaby się nagle wyprowadzić to moim obowiązkiem jest zapłacić czynsz x2. Biorę w ciemno…

  • Grzyb, karaluchy, brak toalety, toaleta na podwórku, przytulne mieszkanie z… babcią. Cuda na kiju się dzieją i czekają na poszukujących lokum. Na całe szczęście ten etap już za mną, bo kręćka można było dostać. Powodzenia w poszukiwaniach życzę. 🙂

  • No cóż, ja jestem z tej drugiej strony 🙂 Ale grzyba i karalucha jeszcze nikomu nie wcisnęłam.

  • Właśnie spędzam pierwszą noc w nowym mieszkanku. Wybrałam tzw. mniejsze zło… ;(

  • Anonymous

    No i dodaj do tego jeszcze problem z „nie dla zwierząt”.
    Nie wiem, jak we Wrocławiu, ale w Warszawie przez to kryterium odpada 50%.

  • Zabierz mnie, mogę robić za radar Pana Zygmunta, bo mam alergię i wystarczą 3 minuty i będę kichać jeśli znajduję się w okolicy 10 metrów <3

  • Ja też przerabiałam Zygmunta, ale to trochę z naszej winy trochę z winy warunków, ale akurat właściciel był super, we wszystkim pomógł, poszedł na rękę. Ale jak szukałyśmy mieszkania w tamtym roku na wakacjach to była tragedia. Byłyśmy przed pierwszym rokiem więc jeździłyśmy do Krakowa chyba z 10 razy bo albo ktoś się rozmyślił, albo dał wypowiedzenie… Nawet raz było mieszkanie załatwiane przez agencję, wpłacona zaliczka, miałyśmy czekać na telefon kiedy właścicielka będzie mogła podpisać umowę. Zadzwonili owszem, ale nie miałyśmy przyjechać po umowę, a po zwrot kasy bo właścicielka się rozmyśliła. No i to mieszkanie o którym piszę na początku wtedy się trafiło, ale było to już chyba 4 albo 5… Szukanie mieszkania to naprawdę ciężka sprawa, a jak się nie jest jeszcze obeznanym tak jak piszesz w dzielnicach albo nie ma się rozeznania co do kosztów (np to ogrzewanie elektryczne) no to już w ogóle trudno.

  • O ile rok temu byłam szczęściarą, bo od początku złożenia papierów na studia wiedziałam, że będę mieszkała z kuzynką w nowo kupionym mieszkaniu, to nie miałam się co poszukiwaniami martwić, jedynie „szukałam” stosownych połączeń z uczelnią, bo miałam w kij daleko. No ale miałam swój pokój i z kuzynką w drogę sobie nie wchodziłyśmy. A teraz ?! Szukając mieszkania dostawałam ner-wi-cy! Pominę fakt, że ogłoszenia NIGDY nie równały się temu, co widziałam na miejscu, coś, co w ogłoszeniu było nazywane „dużym” pokojem, okazywało się – rzeczywiście – nawet niezłym, ale jeżeli istniałaby chęć rozłożenia kanapki do spania, to sądzę że nie postawiłabym kroku, o biurku nie mówiąc. I jeszcze X piętro, ciemno i w ogóle nie tak. No i jak jeszcze człowiek na ceny patrzy… Na szczęście jednak wpadło mi ogłoszenie, albo ja na nie, chwilę po tym, jak opublikowała go dziewczyna, więc zadzwoniłam, okazało się, że super. Zajeżdżam, nowe mieszkanie, nas dwie… Raj. Także no. Co człowiek się nawkurwiał, to moje. Chciałabym, żebyśmy się z dziewczyną dogadywały bo nie powiem – perspektywa, że w przyszłym roku nie spędzałabym wakacji na szukaniu mieszkania byłaby piękna 🙂

  • mieszkanie jak mieszkanie każdy widzi co bierze (a przynajmniej powinien), ale ze współlokatorami to są dopiero przygody 😉

  • W Niemczech mieszkania są zwykle nieumeblowane, więc żadne Zygmunty się nie chowają za szafkami, bo ich zwyczajnie nie ma. Nie miałam żadnych nadzwyczajnych przygód :). To moje pierwsze wynajęte mieszkanie i gdy się na nie decydowaliśmy, było jeszcze w trakcie remontu, więc dostaliśmy je ładnie odnowione, bez Zygmuntów i bez mebli. Meblowanie było dopiero przygodą!

  • dla mnie priorytetem nie były meble, ale odległość. wybrałam mieszkanie, gdzie, owszem, meblościanka miała ze 20 lat, ale uczelnię widziałam z okna. wydawało mi się, że jest jak w bajce, bo mam to, co chciałam. ale okazało się, że sublokatorów mam gorszych i w większej liczbie niż zygmunt: FARAONKI. bułka położona w foliówce na półce = brak bułki. skończyło się na wkładaniu wszystkiego do lodówki: łącznie z ciastkami, bułkami itp., bo tylko tam mrówki nie docierały.

    • muszę przyznać, że o prysznicu w kuchni jeszcze nie słyszałam, to chyba jakieś wrocławskie zwyczaje. 😀

  • Prysznic w kuchni? Toż to można nago naleśniki smażyć 😀 taaa ah te studenckie czasy – pomyślała matka polka 😀

  • Anonymous

    Prysznic w kuchni to luksus lepszy niż toaleta na klatce schodowej wspólna dla wszytkich w kamienicy.o mieszkaniach to bym mogła pisać a pisać.Gabriela

  • Mieszkałam na Trójkącie 13 lat i żyję 🙂
    A miejsce naprawdę ma klimat.

  • Jakbym czytała o sobie 🙂 przerabiałam to i to już nie raz 😉 Ostatnim razem jak przeglądaliśmy oferty, trafiliśmy na ogłoszenie o wynajem mieszkania…. ale bez mebli. Zupełnie puste ściany, a właściciel na nasze pytanie odpowiedział że nie kupi żadnych mebli bo kiedyś chciał kupić to mu lokatorzy powiedzieli, że im się nie podobają i przywieźli sobie swoje i on stwierdził, że nie będzie tego mieszkania wyposażał.

  • Anonymous

    Ha, ja to samo przeżywam szukając działki… Oaza ciszy i spokoju/ z dala od miejskiego zgiełku= szczere pole, bez mediów; dom do remontu= ruina, którą trzeba rozebrać na własny koszt; OKAZJA CENOWA= nikt nie był zainteresowany od roku; bliskość przyrody= krzaczory/las; dom nadający się do własnej aranżacji= stan surowy, mocno zawyżona cena itd…: )

  • Zawsze uważałam się za prawdziwą szczęściarę, że nie muszę szukać mieszkania i go wynajmować. Nasłuchałam się dużo, a jeszcze po tym, co piszesz, to jeszcze bardziej jestem do tego nastawiona negatywnie 😛

  • Dużo mogę o tym powiedzieć… cóż, ale jak sobie przypomnę wannę w kuchni w jednym z mieszkań to nagle brak mi słów 😉
    Najbardziej mnie rozwalają te zdjęcia na portalach – syf w pokojach, w łazienkach tona kosmetyków. Ani to estetyczne ani zachęcające serio…

  • Oj ja w ciągu ostatnich czterech lat przeprowadzałam się…jakieś cztery razy, a na dniach będzie piaty. Za każdym razem przechodzę tę samą drogę co Ty 🙂 z tym, że ja na Zygmunta za nic zgodzić się nie mogę, bo mam Małego Człowieka, którego zdrowie jest bardzo cenne, bo ewentualne leczenie jest bardzo drogie… Ale wracając do tematu, to wszystkie myki z komfortami (syf i malaria), pełnym umeblowaniem (wersalka podparta książką telefoniczną i szafki bez drzwiczek, bo tak bardziej klimatycznie jest) i takie tam pozostałe mam obcykane. Szkoda, że w końcu ktoś nie wpadnie na pomysł jakiejś mądrej reformy mieszkaniowej, która pozwoli na tańsze i uregulowane/kontrolowane wynajmowanie mieszkań dla tych, których bank uważa za niewiarygodnych… Pozdrawiam i życzę powodzenia

  • Anonymous

    Jak będziecie szukać współlokatorki to zgadzam się w ciemno! ;D

    /K.

  • Oj tak, zgadzam się z Tobą! Znalezienie mieszkania to męczarnia, nienawidzę siedzieć w tych ogłoszeniach. A ten PRLowski wystrój to żenada. Wszędzie te meblościanki, stare wersalki, krzesła, ławy jak z PRLu. Bo przecież to tylko na wynajem. A jak znajdziesz mieszkanie, które jest odświeżone i ma te najtańsze meble z Ikei to zapłacisz jak za zboże.