Mrużę oczy, próbując przyzwyczaić się do ciemności. Z poirytowaniem sięgam po telefon, wyłączam wyjący niemiłosiernie alarm i z powrotem padam na poduszkę. Patrzę w sufit, próbując przypomnieć sobie, co mi się śniło. Czuję coś ciepłego i ciężkiego, poruszającego się po mnie w kierunku mojej twarzy. Mruczący kot łaskocze mnie wąsem, za oknem słyszę stukot kropli deszczu odbijających się od blaszanego parapetu. Kap. Kap. Kap. Kap.

Nie lubię momentu, kiedy bose stopy dotykają zimnych paneli. Zawsze je cofam, chociaż wiem, że przecież za chwilę znów to zrobię – położę je i poczuję chłód, a na skórze błyskawicznie pojawi się gęsia skórka. Szybko podbiegam do szafy, wyciągam za duży sweter, nakładam i przeskakując po zimnych kafelkach w przedpokoju, wkraczam do kuchni.

Wszędzie panuje cisza.
Włączam czajnik i w pokoju rozlega się charakterystyczny dźwięk gotowanej wody. Resztę robię automatycznie: wyciągam ten sam kubek z szafki na górze, dwoma palcami odchylam wieczko puszki i wyciągam worek z herbatą. Wrzucam do kubka, dodaję dwie łyżeczki cukru, zawsze rozsypując kilka kryształków na blacie i obracam się w stronę czajnika. W tej samej chwili słyszę „klik”, który mówi mi, że woda gotowa. Zalewam od razu, szybko mieszam, wyćwiczonym ruchem wrzucam do kosza torebkę. Czuję sierść na łydkach i słyszę głośne mruczenie. Wsypuję jej saszetkę do miski, chwytam kubek i z powrotem sprintuję w stronę łóżka. Byle szybciej do ciepłego, byle stopy nie zmarzły tak bardzo.

Ciągle pada. Gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie, jaki odgłos na świecie podoba mi się najbardziej, powiedziałabym, że właśnie dźwięk deszczu uderzającego o parapet. Gdyby ktoś zapytał mnie, jakie momenty w życiu lubię najbardziej, bardzo by się zdziwił. Najlepszym momentem nie są dla mnie triumfy, wygrane, łzy szczęścia z powodu sukcesu.

Najlepszą chwilą jest dla mnie ten konkretny moment, kiedy wracam z kubkiem do łóżka, chowam zimne stopy pod ciepłą kołdrę, podnoszą wyżej poduszkę i sięgam po książkę. Konkretną. Raz na jakiś czas odświeżam Harrego Pottera, chociaż pierwsza cześć jest już całkowicie „zużyta”. Kartki wypadają, na niektórych stronach są plamy – pozostałości po jedzeniu na sucho kakao w podstawówce -, niektóre momenty zakreślone są setki razy tym samym ołówkiem, bo za pierwszym podejściem nie wyszło mi równe kółeczko.

Jestem ja, herbata i moje książki. Czasami swoją obecnością zaszczyci mnie mruczący kot, moszczący sobie łapkami miejsce obok, na poduszce.

Czuję spokój.
Wiecie, czym to jest? Czym jest ten poranek z deszczem, czym jest ta stara już, zniszczona i wymiętoszona okładka z chłopcem, który ma bliznę na czole, czy wiecie, czym jest ten mruczący kot i zimne stopy chowające się pod kołdrą? Czym jest ta parująca herbata, chłód na panelach, gęsia skórka na mojej skórze?

To wszystko, to mój mały rytuał. To mój idealny poranek. I od kiedy nie mam na niego czasu, czuję się jak pączek bez lukru – po prostu niesmaczna. Nie w sosie.
Nie na swoim miejscu.