Tak naprawdę pożegnałam się z nią niecały rok temu. W pewnym momencie poczułam, że nasza relacja nie ma już przyszłości, bo cóż to za związek, w którym jedna osoba daje wszystko, a druga nie zawsze to docenia? Odwróciłam się na pięcie i odeszłam.
Bardzo bolało mnie serce.

Nasz niedawny, krótki powrót do siebie chciałam traktować z przymrużeniem oka: jako chwilowy powrót do eks, zachciankę, którą się spełnia bezmyślnie. Było pięknie, więc przez sekundę nawet przeszło mi naiwnie na myśl, że może mamy jeszcze szansę. Że z tej mąki będzie chleb.
Teraz już wiem, że się myliłam.

TO JUŻ KONIEC

Cholernie trudno jest się pożegnać definitywnie. Kiedy poświęcasz czemuś prawie połowę swojego życia i dorastasz w otoczeniu, w którym ten temat ciągle jest na językach, ciężko jest wstać, spakować się i wypalić: muszę odejść. Nie mam już sił. Kiedy próbujesz to przekazać otoczeniu, słyszysz tylko, że przesadzasz. Że przecież macie jeszcze szansę razem, że tyle razem przeszliście, że w każdym związku zdarza się kryzys…

Ale co, jeśli ten kryzys nie mija? Albo kiedy pojawia się wybór?  Kiedy widzisz, ze wypruwasz sobie żyły, a w zamian otrzymujesz tylko stres i gorzkie rozczarowanie?

NIE BĘDZIEMY PRZYJACIÓŁMI

Trudno pogodzić się z faktem, że przestajesz robić coś, co stało się częścią twojego planu dnia i sposobem na życie. Trudno mi przyjąć do wiadomości, że nie będę już tupać po tartanie w kolcach, które ukradł mi Bolt*. Że nie usłyszę już gwizdka, który każe się rozbierać i stanąć na starcie, że moje serce nie będzie już walić jak oszalałe w ciągu tych kilku sekund w blokach, że nie poczuję już ani satysfakcji z wygranej ani żalu z powodu porażki. Ale tak być musi.
*Mieliśmy ten sam model i kolor. Lans, prawda?


Nasz związek, lekka atletyko, już nie ma sensu.  Nie przekona mnie nawet to, że podobno jesteś królową sportu. I chociaż oficjalnie pożegnałyśmy się rok temu, to nie będę ściemniać, że nie chciałam wrócić. Jeszcze wczoraj, biegnąc i słysząc okrzyki ludzi, pomyślałam: a może?

NIE MAMY SZANS

A może jednak nie. Mimo nacisków, mimo wołania ‚no wróć!’, mimo presji ze strony innych, mimo całkowicie pozbawionych zrozumienia tekstów ‚jakbyś chciała, to byś znalazła czas’.  Dajmy na to, że może bym znalazła. Załóżmy, ze jakoś bym to wcisnęła w grafik. Ale po co?

W jakim celu, skoro nie czujesz już sensu? Kiedy widzisz jak młodsze dziewczyny są coraz lepsze i szybsze, kiedy orientujesz się, ze każdy weekend znów jest zajęty zawodami, kiedy musisz kolejny raz odmawiać, tłumaczyć się i płakać z wściekłości, bo kolejny raz nie wyszło? Bo wiatr w twarz, bo pogoda, bo przecież dopiero początek sezonu, bo masz naciągniętą dwójkę…
Może już jestem zmęczona tym wszystkim.

I może to jest własnie dorosłość? Kiedy musisz zrezygnować z tego, co kochałaś, bo traci sens? Kiedy przeciwko tobie jest większość, bo przecież „jak to, rezygnujesz?”. Może dorosłość jest wtedy, kiedy wyrastasz z pasji, które już cię tak nie cieszą i z podniesioną głową decydujesz się na rozstanie?
Przepraszam, ze rozczarowałam. Ja już nie mam sił.

Mimo, ze to tylko 100 metrów.


Nie wiedziałam, czy to publikować, bo powiedzmy sobie szczerze – pewnie was moje rozterki nie obchodzą. Ale było mi przykro. Blog pomógł.
Chociaż jeszcze jest trochę smutno.