Gdyby ktoś ogłosił konkurs na najbardziej zakochaną w sobie grupę społeczną, ku zdziwieniu wszystkich pierwszego miejsca nie zajęliby celebryci, robiący sobie #selfie w windzie.  Zwycięstwa nie świętowaliby też ani politycy, ani – o dziwo – sławni blogerzy, popijający drogi alkohol na jakichś egzotycznych wyspach. Puchar zgarnęliby dziennikarze. Bez dwóch zdań.
Zdziwieni?

radio mikrofon antena stacja nagrywanie studio



Kiedy twojej opinii słucha mnóstwo ludzi, można poczuć się ważnym. Gdy każdego dnia, wieczór w wieczór, wiesz, że twoich słów słucha tysiące widzów, możesz poczuć, jak woda sodowa uderza ci do głowy. Kiedy żyjesz tak przez jakiś czas i załatwiasz wszystko legitymacją prasową, granica między tym, co powinieneś, a tym co robisz, nieźle się zaciera.
A ty zostajesz świętą krową.

JESTEM PANEM DZIENNIKARZEM

Standard: witam, dzień dobry, mi się należy, bo ja pracuję w mediach. Mogę mieć pretensje do wszystkich i do wszystkiego, głośno krytykować polityków na moim bardzo niezależnym blogu podczepionym do serwisu redakcji w której pracuję i mówić, jacy to młodzi reporterzy są głupi i naiwni.

Mogę dosłownie wszystko, bo moja legitymacja prasowa pozwala mi na  uważanie się za najlepszego eksperta w każdej dziedzinie.

Co więcej: mogę zapraszać gości do programu i zrównywać ich z ziemią, bo skoro prywatnie ich nie lubię, to mam do tego pełne prawo. Na swoim wielce popularnym koncie na Twitterze mogę krytykować każdego, kto mi czymś podpadnie i wiem, że przeczyta to mnóstwo ludzi. Dlaczego?
No przecież, naiwniaczku, dlatego, że ze mnie jest taki świetny dziennikarz!

UCZYMY MŁODYCH TEGO SAMEGO

Gazeta ma się sprzedać. Program ma być oglądany. Stacja radiowa nie może zostać przełączona na inną w trakcie jazdy samochodem – to są najważniejsze zasady, które poznaje każdy młody dziennikarz. 

Przekazywanie…czego? Informacji? A kto to będzie czytał?

 Misja? Obowiązek? Na cholerę, skoro lepiej się sprzedaje Olejnik wykłócająca się ze swoim gościem?
Jeden z wielu przykładów z życia wziętych: któryś z kolegów w redakcji dowiedział się, że jakiś urzędnik  coś spieprzył. Mam to sprawdzić. Okazuje się, że to nieprawda: na stronie było jak byk napisane, że naprawy odbędą się tego i tego dnia, więc ludzie byli uprzedzeni. Każą mi napisać artykuł o tym, jaki to urzędnik (i poplecznik szeryfa miasta!) nie informuje ludzi, bo przecież nie wszyscy mają internet.

 Pisz pod tezę: ma być ostro i tyle.

– Ale każdy mógł to sprawdzić…
– Cicho. Musimy mu dowalić, bo oprócz tego mamy tylko nudny temat o babci, która wygrała w totka.
– Ale nawet ludzie mówią, że wiedzieli…
– To znajdź w mieście tą jedną osobę, która nie wiedziała.

Obracam się w tym środowisku i czuję się jak Marsjanin. „Odłożymy ten temat ze staruszką, jest nieważny, skup się na tym, co palnął prezydent”. „Napisz tekst o tym, co się wydarzy w Pierwszej Miłości, będziemy mieć więcej wejść na stronę”.

Nie jest ważny czytelnik dzwoniący z prośbą o pomoc, bo go wójt okantował: ważne jest, żeby temu wójtowi dowalić. A co się stanie z czytelnikiem? To nie nasz biznes.

POGÓDŹ SIĘ Z TYM, NAIWNIAKU

Nie potrafię zrozumieć tego, że dziennikarze transformują się w święte krowy. Że są tak przekonani o własnej władzy i wartości, tak zakochani w sobie i swoim warsztacie, że widzą tylko czubek własnego nosa.
Przecież dziennikarz to ten, który powinien widzieć więcej.
Gdzie tam: zamiast tego robią w swoim programie gwiazdę z siebie samego. 

To nie gość jest najważniejszy, tylko dziennikarz – wielka, świecąca rozrywka, największy neon całego wydarzenia, król i władca, pan z kawałkiem kartoniku, na którym pisze „press”.

I kiedy idę robić materiał i słyszę: „chętnie bym pani powiedział, ale już kiedyś był u mnie jeden dziennikarz i potem napisał coś, czego nie mówiłem”, to robię się czerwona.
Jest mi wstyd za kolegów.

Ponieważ fejs stwierdził, że połowie z Was nie pokaże wiadomości  o nowym poście, bo mam wykupić reklamę, zapraszam was do śledzenia poprzez BLOGLOVIN’ albo NEWSLETTER.
A jak ktoś jest uparty, to jest i ten nieszczęsny FACEBOOK.

Przeczytaj także: