Piorę, gotuję, sprzątam, latam ze szmacianą torbą na zakupy, zarządzam opłatami i robię kanapki do pracy. Dbam o to, by ani on, ani ja, nie zapomnieli o ważnych rzeczach do załatwienia, piekę ciasta, przeglądam kolorowe fartuszki na allegro i nie brzydzę się dotknąć brudnej szmaty. Wiem, 

gdzie co w domu leży i dlaczego plastry są w trzeciej szufladzie od góry, chociaż teoretycznie powinny być na półce. Już widzę te pogardliwe uśmieszki i prychnięcia: ledwo skończyła dwudziestkę, a już pogania w fartuszkach i rękawicach kuchennych, pichcąc schabowe. Kura domowa!
Bo to prawda. Jestem nią. Ale schabowych u mnie w domu nie ma.

Zauważcie, jak w ostatnich latach pogardliwie myślimy o tych wszystkich gospodyniach: idealne panie domu to wiocha i synonim babki po czterdziestce, która przeciera dłonią w gumowej rękawiczce najdziwniejsze miejsca w domu. Jak któraś z nas – w sensie, młoda dziewczyna – nie daj Boże zaciąży, albo da się wepchnąć do kuchni, to jest naiwna. Bo przecież się nie rozwija, nie ma kariery, nie jest niezależną kobietą, która nosi spodnie i koniecznie chce udowodnić, że to jej mąż ma jej gotować obiadki – tylko po to, by odwrócić starą piramidę.
Nie wiem, skąd to się wzięło. Od kiedy czysty, wysprzątany dom i świetny obiad to coś, czego należy się wstydzić? Dlaczego z jakiegoś dziwnego powodu niektóre dziewczyny uważają, że jeżeli one sprzątają, a chłopak pracuje – tak jak w starodawnej rodzinie – to są gorsze?

LUBIĘ TO!

kuchnia pani domu idealna kucharka kura domowa ścierka
Słuchajcie tego, kapcie wam spadną: ja lubię być kurą domową. Cieszę się, kiedy mojemu chłopakowi albo gościom smakuje mój obiad czy ciasto. Nie przeszkadza mi to, że ja sprzątam w domu i dbam o to, żeby z sufitu nie zwisały przeogromne pajęczyny i żebyśmy my nie utonęli pod wielką górą brudnych skarpetek. Że on powinien mi pomagać, bo inaczej to wykorzystywanie? Bzdura. Po pierwsze, jeśli go poproszę, to zawsze mi pomoże. Po drugie, on pracuje na etat, a ja siedzę w domu i się opierdzielam tak naprawdę, bo trzy godziny zajęć na uczelni i prowadzenie bloga nie są na tyle czasochłonne, by zajmować mi cały dzień. Pewnie, że mogłabym siedzieć na dupie i nic nie robić, raz na tydzień wrzucić wszystko do pralki, zrobić grafik sprzątania jak w akademiku i mieć pewność, że w ciągu dwóch tygodni ktoś wreszcie się zmusi do wyniesienia śmieci. Ale po co? Po co się siłować, skoro ja – uwaga, kolejny szok – najzwyczajniej w świecie to lubię?
I nie przeszkadza mi codzienne robienie kanapek.

ALE JESTEŚ JESZCZE MŁODA!

Niektóre koleżanki mi współczują. Widzę to w ich oczach, kiedy rozmawiamy. Bo przecież jestem młoda, a dałam z siebie zrobić kurę domową. Bo wszyscy mnie ostrzegali, że tak będzie, jeśli zamieszkam z kimś, kogo kocham. Bo przecież Patryk bez namysłu przykuł mnie różowymi, puchowymi kajdankami do piekarnika i jak tylko przychodzi z pracy, to zamienia się w potwora i ryczy DAJ MI JEŚĆ KOBIETO. A potem z pewnością beka i prosi o zimnego browara – bo tak według niektórych to wygląda. Ba, a ja, cała zapracowana, biedna i zmęczona, daję się wyciskać jak jakaś cytryna z przeceny.
Pewnie.
Kompletnie nie mogę się zorientować, skąd takie myślenie się wzięło. Przecież to chyba logiczne, że jakbym nie chciała tego robić, to bym nie robiła. Że gdyby nie sprawiało mi to chociaż trochę frajdy, to co weekend w naszym domu nie byłoby zapachu ciasta, a wypady do restauracji nie oznaczałyby szczególnego dnia, a po prostu pójście na zwykły obiad. Że gdyby mi się nie chciało, to po prostu zostawiłabym to wszystko jak jest, albo po prostu położyła się na kanapie i zarosła razem z tym wszystkim brudem. Mam wrażenie, że niektórym dziewczynom się wydaje, że bycie kurą domową jest strasznie męczące, nudne i czasochłonne. Kolejny mit: jak się dobrze zorganizuje czas, nauczy porządnie sprzątać – bo, wbrew pozorom, to też trzeba umieć –  i kupi jakąś fajną książkę kucharską, to godzina, dwie i cały dom ogarnięty, a obiad w trakcie gotowania. Czy to dużo? Może dla kogoś tak. Przecież w tym czasie można by było obejrzeć trzy seriale, albo śledzić kogoś na fejsie.
kuchnia pani domu idealna gospodyni kura domowa ścierka blacha do ciasta tortu rękawica kuchenna
Gdybym poprosiła, to pewnie byśmy mieli grafik. Dzielilibyśmy się pracą jak zwykli współlokatorzy. Chociażby dlatego, że wolę wszystko robić sama i szlag mnie trafia, kiedy ktoś próbuje to robić za mnie*.

NALEŻY SIĘ SZACUNEK

Szczerze? W życiu nie pomyślę, że bycie kurą domową to wstyd. Że to coś, co nie jest warte szacunku. Bo jest. Bo ktoś sam z siebie stara się i robić coś dla drugiej osoby, ale też dla siebie samego. Bo jest w jakiś sposób zdyscyplinowany i odpowiedzialny. Bo będąc kurą domową, można się też rozwijać, uczyć czy pracować.
I jeszcze jedno  – czy jeśli oboje pracujecie na etacie, a ty dalej sprzątasz i gotujesz, to to sprawiedliwe? Pewnie nie. Ale zanim zaczniesz narzekać na swoją drugą połówkę, albo płakać na forum, że mąż zrobił z ciebie panią domu, to po pierwsze, zastanów się, czy on nie robi czegoś dla ciebie. Bo założę się, że robi**.
A po drugie, zadaj sobie najważniejsze pytanie – czy gdyby go nie było, to byś tego nie robiła? Bo ja myślę, że owszem. Przecież i tak byś sprzątała dom, i tak byś sobie coś ugotowała.
Tak przynajmniej ktoś ci może za to podziękować. Krzyknąć: „Boże, ale to dobre!” z ustami wypełnionymi ciastem.  I to jest chyba w tym najlepsze.
*wychodzę z założenia, że ja to zrobię lepiej. Zawsze. Wiem, okropna cecha charakteru. Nie chcecie wiedzieć, jak wyglądały moje zajęcia grupowe w podstawówce. Martokracja.
** a jak nie robi, to kopnij go w dupę i niech zacznie.