Wszyscy boimy się samodzielności. To przecież płacenie rachunków, pamiętanie o terminach i branie odpowiedzialności za własny tyłek. Ba, to coś więcej – to konieczność pójścia do pracy, bo przecież musimy zacząć na siebie zarabiać. To koniec z obiadkami mamy i zakręcenie kurka z kasą od rodziców, dzięki której mogliśmy opłacić stancję, kupić bogaty ekwipunek na imprezę i jeszcze poszaleć w galerii. Mam przykrą wiadomość: skończyło się. Czas stanąć na baczność i… najzwyczajniej w świecie dorosnąć. Czemu?

Bo potem będzie jeszcze trudniej.

Wyobraź sobie, że nagle, z dnia na dzień, rodzice przestają wykładać na ciebie pieniądze. Mama mówi, że ma dosyć utrzymywania darmozjada, a tata na potwierdzenie pokazuje pusty, chudy jak brzuch modelki, portfel. Wpadasz w panikę: stancja nieopłacona, lodówka pusta, pracy żadnej, słowem: nic, tylko włączyć głupi, polski serial, przykryć się kocem i popaść w depresję. No, a potem już tylko umrzeć z głodu.
Czy chcesz, żeby ciebie to czekało?

SMUTNA PRAWDA

Podobno coraz więcej  młodych ludzi żyje na garnuszku rodziców, ssąc kasę jak odkurzacz i co chwila wyczekując z utęsknieniem kolejnego przelewu. Niektórzy po prostu mieszkają razem z nimi, skutecznie unikając dorosłego życia i bawiąc się w dom, w którym nic nie robią, bo przecież studiują, czym straszliwie się meczą. Siedzą więc na rodzicach jak pijawki, w dodatku bezczelne, bo zamiast skończyć pobieranie pieniędzy po skończeniu studiów, ciągną to nawet do trzydziestki. I wiecie co? Ten fakt nie jest ani śmieszny, ani już chyba nawet smutny.
Tylko cholernie przerażający.
Większość tłumaczy się studiami, chociaż zajmują one mniej czasu niż szkoła średnia. Nie idą do pracy, bo przecież nie będą robić na kasie, skoro aspirują na magistra i chcą prowadzić życie pełne sukcesów. Zamiast tego pięć lat nic nie robią, oprócz chodzenia na wykłady i popijania taniego wina na domówkach. I co śmieszniejsze: na takie zarzuty odpowiadają, że przecież studia to czas, by się wyszaleć. To prawda. Ale to też moment, w którym ogarniasz swój samolubny tyłek i wchodzisz z impetem w dorosłość.
Im bardziej przedłużasz sobie dzieciństwo, tym trudniej będzie ci zacząć samodzielne życie. Bez kompletnie żadnego doświadczenia, bez pojęcia o tym, jak zarządzać pieniędzmi, by starczyło – bo przecież rodzice doślą jak coś – i bez poczucia odpowiedzialności za to, co robisz.

DOROSŁOŚĆ? TO NIC ZŁEGO

 

Nie wiem dlaczego wszyscy mówią, że dorosłość jest taka straszna. Owszem, bywa przerażająca, bo niektóre problemy zwalają się na ciebie jak zawodnik sumo na ringu, ale da się to przeżyć. Co więcej: im szybciej zaczynasz pracować, tym bardziej doceniasz pieniądze, czas i całe swoje życie. Poza tym odciążasz rodziców, którzy – uwaga, zadziwię niektórych – WCALE nie mają obowiązku cię utrzymywać po osiemnastce. To tylko ich dobra wola, którą większość studentów cholernie wykorzystuje, myśląc, że ich mama i tata mają worek z pieniędzmi. No wiecie, taki bez dna.
Jestem za tym by już na studiach znaleźć pracę. Nie mówię to o całym etacie, zgarnianiu dwóch tysięcy na rękę i rzucaniu się w wir kariery: wystarczy chociaż kilka godzin w tygodniu. Nawet, jeśli dalej nie starcza ci na to, by się samemu utrzymać, możesz przynajmniej zacząć kupować drobne przyjemności za swoje pieniądze. Tak naprawdę, człowiek zaczyna dopiero rozumieć wagę pieniędzy kiedy widzi, ile się musiał na nie napracować. A to pomaga w samodzielnym życiu: zaczynasz myśleć jak dorosły, a nie małolat zafascynowany pełnym portfelem.
 
Mam wrażenie, że młodzi ludzie zaczynają być kompletnymi kosmitami, jeśli chodzi o znajomość dorosłości. Chronieni kloszem przez rodziców, opóźniający wyprowadzkę z rodzinnego domu i zarabianie, w pewnym momencie wkraczają w dorosłość i najzwyczajniej w świecie się gubią. Plączą. Większość zostaje bezrobotna, bo przecież mają tytuł magistra i chcą od razu posady z pięcioma tysiącami złotych na rękę i połową etatu (cały należy się przecież raczej robolom, a nie polskiej inteligencji!).

WYJĄTKI

Oczywiście, że są studenci takich kierunków, którym ciężko byłoby pogodzić naukę z pracą. Są tacy, którzy mają zajęcia od rana do wieczora, a potem jeszcze muszą nauczyć się na następny dzień. Wiadomo, że w takiej sytuacji ciężko jest jeszcze dorobić sobie chociażby na ćwiartce etatu, bo przecież doby się nie rozciągnie i czasu nie zaczaruje.
Można jednak zacząć od wyprowadzki od rodziców, jeśli sytuacja na to pozwala. Nie brać słoików od mamy, a jedynie składnik i przepisy, by samemu nauczyć się gotować. Zorientować się o co chodzi z rachunkami. Wystarczy podjąć się kilku prostych rzeczy, które sprawiają, że będzie ci potem łatwiej. Czasami podejmowania trudnych decyzji samemu, bez konsultacji z rodzicami i bez słuchania tego, co mówią inni. To też jest cholernie ważne. Do jasnej Anielki, bądźmy samodzielni, no!

IM SZYBCIEJ, TYM LEPIEJ

Rynek jest teraz wredny. Musisz być lepszy od konkurencji. Studia już nie gwarantują pracy: patrzy się raczej na doświadczenie, umiejętności i to, czy potrafisz ogarnąć świat wokół ciebie. Tego cię nie nauczy żadna szkoła, tylko życie. Możesz traktować studia jak czas, w którym się wyszalejesz, ale przy wkraczaniu w dorosłość to ty stracisz na starcie, gubiąc się i mając problem ze znalezieniem posady.
I poza tym: kto powiedział, że nie można tego wszystkiego pogodzić? Oczywiście, że można! Jestem na to żywym przykładem: bawię się, studiuję, mam czas, by obejrzeć seriale i dorabiam, kiedy mogę. Wszystko się da, tylko jak zwykle, trzeba tego chcieć.
A Wy co myślicie o byciu na garnuszku rodziców? Jak u Was wygląda to wygląda? 

  • ja tez jakos daje rade. latwiej i razniej jest tez z drugą połowką, a rodzice w zlej godzinie tez wesprą. ale czuje sie duzo lepiej mieszkając sama i radzac sobie sama 🙂

  • Ja szczerze się boję samodzielnego życia, ale chciałam się wyprowadzić i to zrobiłam. Na razie nie chcę iść do pracy, przynajmniej przez pierwszy rok studiów by w ogóle jakoś zobaczyć jak będę funkcjonować w innym mieście. Ale już w wakacje czy na drugim roku to jakaś dorywcza praca to czemu nie, to nic hańbiącego 😉

  • absolutnie nie mogę znaleźc żadnego maila do Ciebie 🙁 niestety, przepraszam ze piszę tak zupełnie niezwiazanie z tematem ale tworzę projekt „Bóg nigdy nie mruga” na podstawie książki o tym tytule, zawiera ona 50 lekcji. zamierzam stworzyc wraz z innymi blogerami serię gościnnych wpisów, jesli nie znasz książki to żaden problem bo mam możliwośc przesłania treści poszczególnych lekcji 🙂 jeśli masz ochotę wziąc udział to serdecznie zapraszam ;* więcej informacji u mnie na blogu lub na facebooku 🙂 w razie większych wątpliwości napisz maila, o i projekt rusza najwcześniej za miesiąc (jak nie dwa xd) więc nie ma co się marwtic o czas ^^

    PS przepraszam jesli już to pisałam ale kompletnie gubię sie w komentarzach 🙁 o bardzo ciekawye wpis! mi na szczeście póki co wyprowadzka i komplene usamodzielnienie nie grozi 🙂

  • W przypadku jeśli mieszka się kawałek od domu łatwiej jest dorosnąć. Przynajmniej częściowo, nie mówię tu o zarabianiu pieniędzy tylko, a o takim ogólnym oglądzie na życie.

  • Ja na szczęście odcięłam szybko pępowinę, rana już dawno zagojona 😉

  • Ja nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie co tacy ludzie mają w głowie, jak dla mnie to też z jednej strony brak szacunku do rodziców, jeżeli oczekujemy od nich ciągłego dopływu pieniędzy. Oczywiście są skrajne przypadki, ale tak jak piszesz na studiach jest więcej czasu niż nam się wydaje. Ja sama żałuję, że nie żyję na własny rachunek od początku liceum, bo dzięki etatowi- 9 godzin ciężkiej harówy, zaczęłam doceniać swój wolny czas, lepiej się organizować i działać bardziej efektywnie.. Dla mnie to jest śmieszne a nawet żałosne, że niektórzy liczą na wysoką pensję po studiach tylko za dyplom, który ma kilkaset tysięcy innych osób.

    Swoją drogą świetny wpis, może przemówi niektórym do rozsądku ; )

  • Dobry tekst, moja ulubiona Blondynko.
    Ja jestem na etapie odcinania pępowiny 🙂

  • Ja mieszkam sama od czterech lat. Studia dzienne w moim przypadku uniemożliwiały pracę, ale wzięłam kredyt studencki, ze świadomością, że będę go kiedyś spłacać, postarałam się o stypendium na uczelni – można dać radę. Doceniam swoją niezależność, szczególnie teraz, kiedy mi się noga podwinęła, muszę przerwać studia na rok i ogarnąć się na nowo. Będzie ciężko, wiem. Ale nie z takich opresji ludzie wychodzą. Najważniejsze to mieć kogoś bliskiego, na kogo zawsze można liczyć 🙂 I nie mam tu na myśli tylko rodziców.
    Darmozjady mnie irytują. Łatwo jest jęczeć, narzekać, że nie ma pracy, przecież nie pójdę do pracy, bo mam zajęcia, bo tu sobie nie poradzę, bo gdzie ja znajdę pracę, jak jest takie bezrobocie – jęki z autopsji. Mimo wszystko uważam, że jak się chce, to się radę da.

  • A ja byłam na garnuszku rodziców przez praktycznie całe studia, bo miałam taką możliwość 😉 ale w tym czasie się naprawdę uczyłam i miałam stypendium naukowe, zresztą moje studia należały raczej do obciążających. Udzielałam się w kołach naukowych i organizacjach studenckich, a przez ostatnie dwa lata robiłam praktyki i staże. To był genialny czas, który wspominam najlepiej jak potrafię i jeśli tylko ma się taką możliwość to trzeba korzystać:) ale dobrze korzystać, a nie przez pięć lat pić tanie wino 🙂

  • U mnie w rodzinie przyjęło się, że w czasie studiów trzeba się skupić na studiowaniu, a potem znajduje się pracę i idzie na swoje. Oczywiście w czarną godzinę rodzice pomogą, ale moja siostra nie pożycza od nich już pieniędzy, mój brat coraz mniej, ponieważ pracę ma dopiero od niedawna, a ja – no cóż, ja się ciągle uczę w liceum 😀
    Pozdrawiam 😀

    • Anonymous

      Mentalność PRLu 😀 U mnie to samo, z czym skutecznie walcze 🙂

  • Mieszkam niedaleko Krakowa, więc głupotą byłoby wyprowadzać się od rodziców, jeśli mogę dojeżdżać codziennie. Ale nie marnuję czasu – studiuję dziennie, pracuję na dwa etaty, zastanawiam się nad zmianą pracy, żeby móc piąć się w stronę pracy w zawodzie. Mam jeszcze wolontariat w rodzinnym domu dziecka Kiedy moi znajomi imprezowali w wakacje, ja codziennie miałam staż i wiesz co? Dzisiaj miałam dziką satysfakcję, jak jako jedna z nielicznych podniosłam rękę na zajęciach, kiedy było pytanie: kto był na stażu/praktyce? I później część wykładu poświęcona: dlaczego pracodawca wybierze osobę z doświadczeniem, a nie studenta, po 3 kierunkach…? I to są momenty, kiedy docenia się samego siebie, bo się chciało 🙂
    Zastanawia mnie skąd w młodych ludziach myślenie: skończę studia i to mi wystarczy. Myślę, że brakuje dojrzałości nie tylko w kwestiach, które poruszyłaś ale przede wszystkim świadomości, że po 5 latach studiów nie musi być tak kolorowo, jak wtedy, kiedy magistrem nie był prawie każdy znajomy, a na studia doktoranckie nie było coraz większego ‚wow’.

  • nie wyobrażam sobie mieszkanie z rodzicami na studiach. Moim zdaniem, najlepiej odciąć pępowinę od razu po szkole średniej – jest to pewien skok na głęboką wodę, ale bez niego nie da się ogarnąć życiowo, bo zawsze ktoś w czymś nas będzie wyręczał. Dla mnie okazał się trafnym wyborem, ale wiadomo – zależy też czasem od sytuacji 🙂

  • Ja przyznam szczerze, bez wstydu – mieszkam z rodzicami. Skończyłam studia w lipcu, ale od czerwca szukam pracy w zawodzie. Ogólnie wykształcenie mam pedagogiczne, mogę pracować w klasach I-III, przedszkolu. Skończyłam kurs z zakresu pedagogiki zabawy, znam dobrze język niemiecki, byłam wolontariuszką w świetlicy środowiskowej, a wszystkie praktyki kończyłam z dobrymi opiniami. Ale niestety… obecny rynek oświatowy nie proponuje pracy osobom, które nie mają minimum rocznego doświadczenia. Może i głupio zabrzmi to co powiem, ale studiując 5 lat nie miałam ani chwili wolnej na podjęcie pracy w przedszkolu, bo siedziałam na uczelni od rana do wieczora. Dosłownie. Po nocach wycinałam pomoce dydaktyczne na zajęcia na uczelni, czy do prowadzenia zajęć. Ćwiczyłam grę na pianinie. Przykro tylko, że współczesne szkoły nie przyjmują (albo robią to tylko po znajomości) absolwentów, którzy są zaraz po studiach. Odkąd poszukuję pracy byłam raz na rozmowie kwalifikacyjnej. I zamiast mnie wybrali panią nauczycielkę, która ma już awans zawodowy – nauczyciela mianowanego. W sumie dla dyrekcji lepiej – pani większe doświadczenie ma, a zapłacą jej tyle samo co mi. Dodatkowo denerwujące są trzymane miejsca pań nauczycielek dla ich córek. Chciałabym robić to co kocham, ale wiem, że muszę w końcu jakąkolwiek pracę podjąć. Wyjść na swoje. Martwię się tylko tym, że spędzę resztę życia robiąc coś, co nie sprawia mi frajdy i będę nieszczęśliwa i zgorzkniała. Ale cóż. Trzeba działać! Z szukaniem pracy w zawodzie dałam sobie czas do końca września. Wrzesień minął – czas na szukanie czegoś innego.

    • Mając dobrą znajomość niemieckiego może postaraj się opracę a w niemieckiej szkole.

    • Anonymous

      niestety, pedagogika to popularny kierunek, a dzieci jest coraz mniej więc miejsc pracy dla nauczycieli nie przybywa. musiałaś o tym wiedzieć już 5 lat temu i to było Twoje świadome ryzyko…

  • Mają obowiązek do 26 roku życia jeśli studiujesz, to tak gwoli ścisłości. No cóż, pełno tutaj darmozjadów i to jeszcze takich, którzy ledwo zdają. Ja kombinuję. Rodziców nie ma nawet przez kilka tygodni – taka praca – z rzędu – ja zajmuję się domem, rodzeństwem(młodszym), gotowaniem, planowaniem wydatków; to mnie pochłana całkowicie, bo obowiązków jest dużo. Plus moje studia, praktyki, dodatkowe zajęcia itp. Więc wtedy nie pracuję, logiczne. Stety niestety studiuję w mieście 25 kilometrów od mojego domu więc wyprowadzić się nie mam mozliwości , przynajmniej jeszcze. Ale walczę o stypendium a nie siedzę na dupie i ciągnę od nich kasę, bo to byłoby chore. No i popracowuje sobie, większość znanych mi osób tego nie robi i jeszcze się chwalą, że mamusia robi przelew co miesiąc i to nie w postaci podstawowe wydatki tylko 3 tysie, bo synuś musi poszaleć i kupić sobie markowe ciuszki. A potem mamusia zapłaci za oblane egzaminy, no czemu by nie, jesteśmy dorośli. 🙂

  • Teoretycznie sama nie zarabiam pieniędzy, ale większość wakacji spędzam pomagając rodzicom w gospodarce, więc tak za nic nie dostaję od nich pieniędzy. Specjalnie przykładam się do ocen, żeby mieć stypendium, a u mnie jest o co się starać, zaś pracując nie miałabym czasu na naukę. Z drugiej strony w wolnym czasie wolę rozwijać się, niż pracować za 5 zł za godzinę, bo ciężko u mnie o lepszą kasę dla studentów.

    • Ale widzisz – w wakacje pomagasz, właśnie o to mi chodzi, coś dajesz od siebie – to bardzo ważne !Stypendium też jest super. Ja obecnie tylko dorabiam sobie i jednocześnie mam stypendium.

  • Jeśli mam tu pisać opinię to myśłę że problemy z pracą i nie umią podjąc wezwania do byćia dorosłym.Kolejna sprawa to jak rodzice nie uczą od dziecka rozwiązywąć sprawy nie kiedy za nich rozwiązują,to przykro bedą wieczni mami synkowie czy mamicórunie.

  • Ja mieszkam z tatą i nie uważam, żebym się bawiła w dom. Nie dostaję też od niego żadnej „wolnej” gotówki. Na początku studiów nie miałam możliwości, aby w ogóle się z domu wyprowadzić, praca przy pięciu dniach zajęć w tygodniu odpada, a rodzice od razu zaznaczyli, że ich nie stać na wynajmowanie pokoju, więc dojeżdżam. Teraz mam trochę lżej, robię kolejne praktyki, poza tym poważnie się zastanawiam, czy się nie wynieść.
    Trochę generalizujesz niestety, nie wszystkie przypadki są takie same. A osoby, które np. po szkole średniej, zawodowej czy już nawet po studiach poszły do pracy, zarabiają już swoją „prawdziwą kasę”, a i tak siedzą na garnuszku rodziców? Rozumiem, że nie czytają Twojego bloga ;P

    • Dlatego napisałam, że są wyjątki, bo rzeczywiście w niektórych sytuacjach wynajmowanie mieszkania, kiedy można mieszkać u rodziców jest trochę nierozsądne 🙂 Jeśli masz zajęcia 5 dni w tygodniu to rzeczywiście pewnie trudno o pracę. Generalizuję, bo muszę, wiesz Szwamko moja, gdybym miała wymieniać wszystkie przypadki i skupiać się na każdym to niestety to byłby cykl, a nie jeden wpis. Dlatego wolałam skupić się tylko i wyłącznie na studentach 🙂 Buziaki!

  • W zupełności podpisuję się pod tym postem – tu już nie chodzi o pracę na studiach etc. ale o ogólne usamodzielnienie się i próbę życia na własny koszt, że tak to określę. Zawsze łatwiej nam wtedy zrozumieć to co robią dla nas rodzice i też bardziej to doceniamy 🙂

  • Dobry tekst :). To co jest bardzo ważne, to żeby na studiach pracować, nie tylko dla kasy – przede wszystkim dla doświadczenia. Mówi się teraz, że uczelnie są fabryką bezrobotnych i jest to w dużej mierze prawdą – jeśli ktoś koncentruje się w tym okresie tylko na studiowaniu i potem mając te dwadzieścia-kilka lat wychodzi na rynek pracy dumny, że ma magistra w CV to może się baaardzo rozczarować, bo to już nie te czasy kiedy magister jest przepustką do kariery.

    Co do bycia na garnuszku rodziców – tutaj mam mieszane uczucia, widzę dużo odcieni szarości… Ja na przykład wyprowadziłam się z domu mając 26 lat, ale to była decyzja moja i mamy – ona przez długi czas nie chciała abym wydawała kasę na wynajem, skoro u nich mam swój kąt. Ja dzięki temu mogłam zaoszczędzić na samochód czy remont mieszkania. Do rachunków oczywiście się dokładałam.
    Trudno mi zrozumieć sytuację, kiedy rodzice utrzymują dorosłą osobę płacąc jej za wynajem osobnego mieszkania i dają kasę na życie. Ale to dlatego, że ja moich rodziców nigdy nie chciałabym w ten sposób obciążać. Jeśli jakichś rodziców stać i nie mają z tym problemu to spoko… Chyba 🙂 nie wiem, wszystko zależy od sytuacji.

  • Sytuacja nie pozwala mi na razie ani wyprowadzić się od rodziców, ani pracować. Ale nie czuję się darmozjadem, bo pomagam w szeroko pojętym „prowadzeniu domu” – sprzątam, robię część zakupów, pomagam z gotowaniem… Mieszkanie z rodzicami wcale nie musi być jednoznaczne z byciem pijawką. 🙂

    • Oczywiście, że nie jest jednoznaczne 🙂 Napisałam o tym przecież też. Właśnie taka postawa jak Twoja, że pomagasz, sprzątasz, jest SUPER!

  • Mój brat uczy się razem z chłopakiem, który studiuje 2 kierunki: matematykę (na uniwerku) i informatykę (na polibudzie), na obu ma stypendium naukowe i dodatkowo dorabia w firmie zajmującej się dygitalizacją map. Pełen szacunek.
    Poza tym sama wiem po sobie, gdy studiowałam dziennie na wakacje jeździłam, do Anglii do pracy, to tam nauczyłam się szanować każdy ciężko zarobiony grosz, no i dostałam szkołę życia 🙂

  • Emi

    Aż strach pomyśleć, że mam znajomych, którzy są już na trzecim roku studiów i nigdy wcześniej nie podjęli żadnej pracy… Co prawda ja wciąż mieszkam z rodzicami, ale zarabiam na własne wydatki i nawet czasem pomagam im finansowo, więc nie czuję się darmozjadem. Co ciekawe, akurat dzisiaj w pracy rozmawialiśmy na ten temat. 🙂

    • No i o to mi chodzi, darmozjadem na pewno nie jesteś 🙂 Brawo za zaradność, Emi 🙂

  • Wiem, że ciężko jest pogodzić studia, na których nauki jest multum, i pracę bez regularnych godzin. Ale da się. Wszystko się da. Wystarczy pracodawcy postawić sprawę jasno, a godziny na uczelni wykorzystywać maksymalnie. Zacząć planować. Czasami odpuścić imprezę, nawet kosztem focha koleżanki (no, bo z 10 tygodniowo, z połowy można spokojnie zrezygnować – nie uczyni nas to „mniej dorosłym”). I nie przejmować się, że ktoś w kółko powtarza „Masz życie jak w Madrycie”, albo „Przecież Ty masz tyle czasu”. Najważniejsze jest robić swoje. Jak ostatnio moja koleżanka stwierdziła – każdy układa życie jak chce i nic reszcie do tego. O ile ma się głowę na karku i trochę odwagi do dorosłego życia.

  • niestety sama obserwowałam to na moich studiach, ja jak najszybciej chciałam iśc do pracy, chociaż rodzice się sprzeciwiali, bo bali się jak pogodzę pracę z dziennymi studiami. Do dziś pamiętam chłopaka, który chwalił się, że wydał w ciągu jednego dnia 700 zł, które matka przelała mu na czynsz…

  • A mi tam się wydaje, że teraz ludzie dorastają za szybko i potem dwudziestoletni ludzie są bardziej cyniczni od czterdziestolatków. Niedługo kryzys wieku średniego będzie przychodził po dwudziestce piątce, do czorta, no. Może to też dlatego ze ogólnie młodzież szybciej dorasta, co nie znaczy, że to dobre. Zresztą, ja nie mówię, że dobre czy złe – po prostu, nie lubię wpędzania nikogo w poczucie winy tylko dlatego, że jeszcze nie ogarnął swojego życia (już widać w komentarzach jak się dziewczyny tłumaczą 😉 ). Ja jestem już po studiach a wciąż czasami przywożę jedzenie z domu, bo mamie sprawia to przyjemność, a mi pomaga, i tyle. I po co unosić się dumą i mówić „ja sam”? Trzeba żyć tak, żeby Tobie było dobrze, nawet jeśli oznacza to 3 miesiące wakacji za które rzesze blogerek pewnie trzebałyby po głowie aż miło.

    • Nie każę nikomu się zmieniać, nie uważam mojego miejsca w sieci za aż tak opiniotwórcze. Każdy ma własną głowę i powinien działać tak, jak uważa. 🙂
      Swoją drogą, nie chodzi tu o unoszenie się dumą i calkowite odrzucenie pomocy rodziców na rzecz siebie i własnego nosa. Po prostu moim zdaniem za mało ludzie myślą o przyszłości i za bardzo nauczyli się, że mają wszystko podstawione prosto pod nos.

  • Zgadzam się z Tobą w 100% 🙂

    Ja na studia wyjechałam 300 km od domu, przez pierwszy semestr pomagała mi babcia – choć od samego początku szukałam pracy. Udało mi się ją znaleźć po kilku miesiącach od rozpoczęcia studiów. Pracowałam na infolinii w banku – sama ustalałam swoje godziny pracy (umowa-zlecenie), mój tydzień wyglądał tak: w tygodniu zajęcia/praca, praca/zajęcia, w weekend praca. Były oczywiście chwile, kiedy miałam dość wychodzenia z mieszkania rankiem i wracania wieczorem (gdzie sama musiałam sobie ugotować, uprać czy posprzątać), ale nie zmieniłabym nic – to była dla mnie niesamowita lekcja. I jeśli mam być szczera – po ukończeniu studiów bez problemu znalazłam inną pracę 🙂

  • Faktem jest, że dobrym posunięciem jest znalezienie pracy jeszcze na studiach, ponieważ po studiach mamy nie tylko dyplom ale pierwsze kata doświadczenia. Niestety usamodzielnienie się nie jest taką prostą sprawą. Jeśli nie chcemy wynajmować mieszkania, trudno jest kupić bez oszczędności czy kredytu coś dla siebie. Ja pracowałam, ale mieszkałam z rodzicami dokładając się do utrzymania oraz dzieląc się obowiązkami domowymi. Ale gdy już mogłam, kupiłam własne mieszkanie i usamodzielniłam się.

  • Całkowicie się zgadzam z tym, że wartość pieniądza poznajemy dopiero wtedy, gdy sami je zarobimy. Swoje pieniądze trudniej się wydaje na głupoty, ja przynajmniej myślę dwa razy, zanim to zrobię i zastanawiam się wtedy, czy to tylko chwilowa zachcianka, czy jednak naprawdę to mi się przyda.
    Zresztą zauważyłam, że zupełnie inaczej rodzice mnie traktują, odkąd robię coś poza chodzeniem na zajęcia… 😉

  • Wszystko okej, ale co Ty gadasz, że studia zajmują mniej czasu niż szkoła średnia? Zawsze oznaczają większą ilość lat, a na niektórych kierunkach jest dwa razy więcej godzin niż w LO :P. Tym bardziej, że w LO możesz nie być 50% na wszystkich zajęciach.
    Jestem właśnie zdania, że dorosłość nie jest fajna tak naprawdę. Chociaż każdy wiek ma swoje plusy i minusy.
    Uważam, że wagę pieniądza można poznać lub zrozumieć, jak zwał tak zwał, niezależnie od tego czy się pracuje czy nie. Ba, wystarczy jeden dzień na kasie w Kerfie, aby to zrozumieć. Ale to nie zmienia faktu, że ja na przykład w życiu bym nie chciała pracować dalej na kasie i uważam, że to może zniechęcać do podjęcia jakiejkolwiek innej pracy.
    No to doszłam do przedostatniego akapitu, widzę, że jednak uwzględniłaś moje wnioski :P. Wyprowadzka od rodziców to żaden pierwszy krok w takim wypadku – dalej musieliby płacić za stancje.
    Moim zdaniem za dużo różnych rzeczy zawarłaś w jednej notce. „Rynek jest teraz wredny” – powinnaś uwzględnić, że rynek pracy 😉 bo samo słowo „rynek” ma kompletnie inne znaczenie. No i ogólnie ja bym to rozbiła przynajmniej na dwa tematy ;).

  • Studia to studia. Pomimo zachłyśnięcia wolnością to jest to nadal wolność pozorna. Bo to przecież rodzice łożą na utrzymanie studenta albo porządnie dokładają do pensji z kelnerowania w weekendy. No i słynne słoiczki. Co by student jadł bez nich? Ale pełen hard core jest już na swoim. W sensie po studiach we własnym M2, czy tam innym M… Ja po paru miesiącach zastanawiania się gdzie do cholery uciekają moje pieniądze (jak mamie udawało się planować domowy budżet?!) i sprzątania wtedy, kiedy potykałam się o własne ubrania – skończyłam z zeszycikiem, w którym planowałam wydatki i sprzątanie. Nauczyłam się systematyczności w domu i planowania budżetu. I … doceniłam rodziców jak nigdy!
    Ale pomimo tego już na pierwszym roku studiów zaczęłam pracować – dawałam korepetycje z języka polskiego. Na czwartym roku zaczęłam staże – trwały 9 miesięcy. Później pracowałam jako pracownik biurowy – przynajmniej do końca życia będę umiała obsługiwać urządzenia biurowe 🙂 Po 5 latach studiów miałam już niezłe CV! I doświadczenie w pracy! Tego nie da się kupić!

  • Niestety, sytuacja finansowa nie daje mi możliwości wyprowadzenia się od mamy, ale też nie czuję się „pijawką”, choć niestety sama znam kilka takich typów.

  • Każdy kij ma dwa końce 🙂 Podoba mi się, że napisałaś o tym, tj. o wyjątkach. Bo jest różnica pomiędzy mieszkaniem wspólnie z rodzicami, a mieszkaniem „na krzywy ryj”. Znałam facetów, którzy pracowali „na siebie” i potrafili przepieprzyć kilkutysięczną wypłatę na dziwki. Co miesiąc. I niestety na dokładanie się rodzicom do opłat nie starczało. Znam też dziewczynę, która nie pracuje na etacie, wychowuje dzieciaka i mieszka z teściami. Robi wszystko, co jest do zrobienia w domu. Teściowa wracając z pracy może leżeć i pachnieć, dom błyszczy od piwnicy po strych.

  • Ta notka przypomniała mi jak bardzo ryczałam, gdy okazało się, że moich rodziców nie stać na wysłanie mnie na studia do innego miasta(Poznań) i musiałam kończyć filię poznańską. Dodatkowo dobił mnie wtedy fakt, że dziewczyny z mojej klasy z LO pozdawały matury nie dość, że na ściągach to jeszcze na 30-40%(ja miałam o wiele więcej, bo się przykładałam do nauki) i się podostawały i wyjechały 🙁 Chlipu chlipek polska niesprawiedliwość.

  • Grunt to organizacja i priorytety, zawsze jakieś tam stypendium było, pracowałam cale studia na kasie – do tego wolontariaty i różne takie konferencje 😉 W międzyczasie egzaminy i kurs angielskiego. Wszystko z własnej sakiewki. Teraz po studiach mam świetna prace, dla której warto było zmywać gary w Norwegii czy składać ciuchy w Galerii Krakowskiej. Moi znajomi? Ci najbardziej zajęci „studiowaniem” zaczęli swoja drogę zawodowa od tego poziomy, z którego ja startowałam 7 lat temu- siedzą na kasie w lokalnym spożywczaku. Satysfakcja niesamowita!

  • Ja nie mogę się doczekać, aż wyprowadzę się w domu. Mam konflikt z mamą i to megahiperwielki! Nikt zapewne takiego nie ma. U rodziców mieszkam z chłopakiem, ale jest u nas tak, że rodzice żyją za swoją mamonę, a my za swoją. Wzajemnie sobie jako tako pomagamy. Raz ja gotuję, raz mama. Zależy kto kiedy jest wcześniej w domu xD Ale nie zmienia to faktu, że już bym chciała mieć swój własny dom, w którym będę mogła za przeproszeniem nasrać na środku i postawić w kupie chorągiewkę, bo zasady mojej mamy denerwują mnie…

  • Ja od 18 pracuje studiuje. Pracowalam na 3 zmiany praktyki codziennie i weekend na.ucelnie. czulam.sie przez 3 lata jka bym miala 35 lat mieszkala. Rodzicami i ich nie widzialam przyszedl dzien sklecenia kolan a.i przystopowalam. Na.aCzescie.praktyki skonczylam. Przeprowadzialm.sie.do chlopaka ktorego poznalam. I teraz pracuje i w weekendy sie ucze

  • Ja na przykład zaczełam pracę, pewnei nie starrczy mi an samodzielne utrzymanie ale zawsze to coś, plus trochę się cieszę z tego, ze zdobędę nowe ciekawe doświadczenie. Ale dopiero zaczynam robotę więc nie wiem czy tak samo będę na to patzreć za miesiąc 😉 pozdro.

  • Jestem dumna z mojej Córki, która już od dwóch lat (czyli po 2-gim roku studiów) bierze sobie jakąś pracę na wakacje. A od tego roku zamieszkała ze swoim chłopakiem i w zasadzie się usamodzielniła (stała suma alimentów ułatwia jej życie i pozwala dobrze zaplanować wydatki).

  • Ja jeszcze w klasie maturalnej zaczęłam pracować, potem poszłam na studia zaoczne żeby móc pogodzić to z etatem. Oprócz tego popołudniami dorabiałam udzielając korepetycji z angielskiego. No i w końcu, gdy odłożyłam trochę kasy na start, wyprowadziłam się od rodziców. Gdybym poszła na studia dzienne i nie pracowała, tylko chciała się wyszaleć, to byłabym w czarnej dupie widząc 2 kreski na teście ciążowym. A tak to byłam już fajnie ustawiona, z umową o pracę, z przysługującym mi urlopem macierzyńskim i z wizją powrotu do pracy po nim 🙂 I mimo wszystko nie czuję, że nie przeżyłam życia studenckiego. Bo też chodziłam na imprezy, tylko za swoją kasę i zamiast nocnym autobusem mogłam wracać do domu taksówką bez obawy, że jutro zamiast obiadu będzie pasztet.

  • Może nie mam jeszcze doświadczenia w pracowaniu jako takim, a jednak umiem docenić wartość pieniądza.
    Trochę gorzej z oszczędnością i rozsądnym zarządzaniem tygodniówką… ;).
    Wiem, ze potrafiłabym znaleźć w przyszłości pracę – wiem to intuicyjnie.
    Jestem ambitna, gotowa do działania, pracowita, otwarta na propozycje i na świat generalnie, dodatkowo punktualna…
    Pomińmy fakt, że mam 15 lat! 😉

  • Ewa

    Właśnie w tym roku akademickim przeprowadziłam się do akademika i choć minął dopiero tydzień już czuję różnicę w poziomie odpowiedzialności 😉

    Za to zupełnie „rozwaliło mnie”, gdy dzień czy dwa po przeczytaniu tego posta zobaczyłam, jak moja współlokatorka z pokoju wyjmuje z lodówki ugotowany już makaron. Dla ścisłości – makaron ten przywiozła z domu, gdzie ugotowała go jej mama. Na pytanie, dlaczego nie zrobi sobie świeżego makaronu, przecież ugotowanie tego nie jest trudne odpowiedziała, że jej się nie chce. Wspomnę tylko, że jest starsza ode mnie i na różnych stancjach mieszkała już od 4 lat 😉

  • Nie widzę problemu w mieszkaniu z rodzicami o ile taka osoba nie jest pasożytem.
    Ja mieszkam z rodzicami, ale płacę im 500 zł na wydatki typu prąd woda ogrzewanie + dodatkowo 2 razy w miesiącu zakupy robią rodzice, 2 razy ja. Na razie taki system odpowiada obu stronom (jedzenie i ogrzewanie na spółkę wychodzi przecież taniej), a ja nie muszę wyrzucać pieniędzy w powietrze płacąc za wynajem mieszkania.
    Nie ukrywam, że mam zamiar zbudować własny dom w ciągu 5 lat.

    Za to bardzo zdziwiła mnie roszczeniowa postawa mojej znajomej, która pierwszy rok studiów zaocznych mieszkała w koleżankami w dużym mieście i nie miała problemu aby składać się na czynsz, jedzenie itd. ale po roku studiów stwierdziła, że jej się to nie opłaca i wróciła do domu. Teraz ma pretensje, że rodzice chcą aby dokładała się chociaż 200 zł do jedzenia. Ta znajoma pracuje normalnie na etacie, więc nie rozumiem takiej postawy typu „będę się dokładać jak skończę studia, bo teraz to oni muszą mnie utrzymywać”. Moim zdaniem takie prawo mają studenci medycyny, prawa czy innych przedmiotów, których po prostu nie można studiować zaocznie, więc jeśli wybierają taką drogę, rodzice powinni pomóc, ale mają też pełne prawo oczekiwać rekompensaty później.

    Ale przy studiach zaocznych?
    Wydaje mi się, że wiele osób żeruje na litości swoich rodziców, ściemniają że nie mogą znaleźć pracy i czekają na kolejny przelew, ale co tydzień można zobaczyć nowe fotki na facebooku z kolejnej imprezy i jakoś im nie żal, że przepili kasę otrzymaną od rodziców „na przeżycie”.

  • Zgadzam się w 100% 🙂 Poza tym właśnie dorywcze zajęcia i prace w szkole, na studiach – nic innego jak własne zarobione pieniądze nauczą myślenia, zarządzania, planowania. Potem jest łatwiej, dorosłość, fakt, bywa trudna, ale to nie powód żeby wiecznie być dzieckiem zależnym od rodziców.

  • Anonymous

    Odniosę się do komentarza Joaśś. Też jestem pedagogiem, licencjat robiłam dziennie, przy okazji należałam do koła naukowego, prowadziłam różne zabawy dla dzieci ze świetlic itp, zdobywałam doświadczenie. I teraz możecie mnie zbesztać – nie pracowałam, nie zarabiałam, wolałam wtedy zdobywać doświadczenie w zawodzie niż pokazać, jaka jestem dorosła za marny pieniądz na kasie. Zderzenie z rzeczywistością przyszło szybko, po licencjacie, praktykach, kursach, ogólnym obyciu w prowadzeniu zajęć, zabaw itp, co daje uprawnienia, zaczęłam szukać „prawdziwej” pracy w fachu edukacyjnym i co? Największym problemem był wspomniany brak rocznego doświadczenia, nie brak magistra. Po tym wniosku zdecydowałam się kontynuować naukę zaocznie, mimo 5 na dyplomie, a więc nie z powodu, że się nie dostałam na dzienne, co łatwo ocenili znajomi i dalsza rodzina. Trudno, nie muszę się nikomu tłumaczyć. To było moją najlepszą decyzją, za nią poszły kolejne, rok przepracowałam jako pomoc nauczyciela, zdobyłam magiczny wpis w cv określany jako „doświadczenie zawodowe”, obecnie jestem nauczycielką w przedszkolu, a w tym roku kończę studia. Niestety, tryb zaoczny, choć powszechnie uważany za rozwiązanie dla tych, którym się nie powiodło, okazał się lepszy, nie zapeszając – latem będę magistrem z dwuletnim doświadczeniem, warto było 😉

  • Sandra

    Ja przez wakacje zarobiłam sobie na studia, teraz studiuję zaocznie i pracuję, a od października zamierzam zacząć nowy kierunek 🙂 Uważam, że nie ma zajebistszego uczucia od tej niezalezności, od tego że mogę powiedzieć rodzicom, że mam pieniądze i nie muszą mi nic wysyłać. Wszystko da się pogodzić, ja pracuje jako kelnerka i z tego wystarcza mi spokojnie na oplacenie mieszkania, utrzymanie , a nawet na różne przyjemności typu ciuchy imprezy. Wszystko zależy od oragnizacji czasu i chęci, bo ja na brak czasu wolnego nie narzekam, a oprocz tego pracuje ze wspaniałymi ludźmi, codziennie się czegoś uczę, nabieram doświadczenia i jak wydam całe pieniądze na głupoty, to nie mam wyrzutów sumienia , że to moi rodzice na na to zapracowali. Też polecam wszystkim pracę podczas studiów, bo naprawdę warto. W tym momencie nie wyobrażam sobie, żeby rodzice mieli mnie utrzymywać i wiem, że są ze mnie niesamowicie dumni i zyskałam ich oczach szacunek oraz to, że traktują mnie poważniej, jak dorosłą. Dodam , że mam 19 lat i jestem jedyną osobą posrod znajmoych w moim wieku z mojego liceum, ktora sama sie utrzymuje i jedną z niewielu, która pracuje podczas studiów i zazwyczaj nie jestem w stanie nikomu wytłumaczyć , że to całkiem proste i na pewno bardzo przyjemne 🙂

  • Marcin Wojtaszczyk

    Strach przed samodzielnym życiem. Najczęściej pojawia się u ludzi, którzy wychowywali się w rodzinie, gdzie między innymi często zbyt dużo się od nich wymagało, albo nie okazywało im zdrowego szacunku. Potem trudno im wyjść z domu rodzinnego z dwóch powodów – strachu przed światem i uzależnienia od rodziny, która jak pijawka wysysała z dziecka całą energię. Wbrew pozorom, to czasem rodzice nie chcę wypuścić dzieci z domu, ciągnąc od nich energię i żyjąc w strachu, że zostaną starzy i sami. Każdy medal ma dwie strony. Czasem dzieci nie są w stanie dorosnąć, bo ‚starsze dzieci jakimi są ich rodzice’ nie chcą do tego dopuścić. Nawet jeżeli rodzice twierdzą inaczej.
    Psycha ludzka to skomplikowana układanka.

  • Marcin Senyszyn

    Widząc zmęczonych po kolejnych nockach i popołudniówkach rodziców, kompletnie odechciewa mi się „samodzielności”. Przepracowanie miesiąca w „Karfurze” nie daje poglądu na rzeczywistą wartość pieniądza – tą kreują przecież instytucje finansowe i podmioty, które mają tych pieniędzy najwięcej. Zamiast tego pokazuje, ile „jesteśmy warci” dla kapitalistycznego świata. A ile jesteśmy warci dla samych siebie? Czy godząc się na codzienną, trwającą kilkanaście godzin, pracę nad sobą, tyranie w markecie i studiowanie kilku kierunków (jednocześnie czy po kolei), a następnie oddając swoje umiejętności przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu w zamian za rzeczy produkowane przecież masowo (mieszkanie od dewelopera, samochód z taśmy, jedzenie ze szklarni…), możemy mówić o samodzielności, czy raczej o dobrowolnym niewolnictwie? Czy tak powszechnie chwalone przez ambitnych ludzi godzenie studiów z pracą w rzeczywistości nie jest procesem urabiania własnego umysłu pod dyktando najbogatszych, którzy, jak wcześniej pisałem, kreują wartość pieniądza, czyli niemal wszystkiego, o co walczymy?

  • Bellatrixx

    Polemizowałabym z tym, że jesteś taaaka szczęśliwa. Dosłownie z każdego zdania wyziewa frustracja i zarzuty wobec studentów – jacy to oni są rozrzutni i rozpieszczeni. Oczywiście tylko Ty, Marta – Panna Idealna, wie jak rozporządzać pieniędzmi i być osobą przedsiębiorczą. A ja głupia myślałam, że idąc na studia, uczymy się samodzielności.
    Bardzo nieprzyjemnie czyta się tego ”bloga”.

    • U, hejter 😀 Post jest z 2013 roku, Marta studiuje i uwierz mi, że wcale nie najeżdża na studentów. Przejrzyj jej bloga i zobacz, że często ich broni, ale oczywiście nie wszystkich. Ja się tutaj zgadzam z Martą bo znam naprawdę wiele przypadków, w których u rodziców mieszkają ludzie, mający po 30 lat! I nie pracują, nie studiują i po prostu pierdzą w poduszkę. To naprawdę jest przerażające.Plus jako studentka potwierdzę, że nie każdy student jest rozpieszczony, ale wiele z nich jest. Ba, sama taka byłam przez pierwsze dwa lata studiowania 😉