To już niedługo – dzikie hordy nieogarniętych maturzystów w podnieceniu przybiegną na inaugurację, by chwycić w swoje łapczywe ręce indeksy, którymi będą się potem jarać przez następny miesiąc. Ci bardziej towarzyscy wstawia zdjęcie na fejsa, ci bardziej skromni ograniczą się do statusu, żeby pochwalić się całemu światu, że to właśnie już. Że jest się studentem. Że tanie piwo, mrożona pizza i zniżki na MPK czekają.  Że świat jest cudowny, dziki i nieodkryty, a alkoholi nie można mieszać.
A potem rzeczywistość kopie ich w twarz, każąc wypełniać jakieś dokumenty, czekać godzinami w dziekanacie i pamiętać o wszystkich dziwnych terminach. Mija rok, a wy orientujecie się, że jedyne, co zrobiliście na studiach to… żyliście. Niezbyt produktywnie, w dodatku, zajadając parówki i pasztet.
Smutne.



Czy będziecie się z tym zgadzać, czy nie, jedno jest dla mnie pewne – studia to zupełnie nowy etap w życiu człowieka, szczególnie, jeśli musi się wyprowadzić z domu. To czas domówek, na których zawsze ktoś w końcu ląduje przytulony do toalety; ogarnięcia się i ruszenia tyłka, bo nikt ci nie powie jak w szkole, co dokładnie masz wiedzieć na egzamin; to moment, w którym zaczynasz zauważać, że całe to uzupełnianie tony dokumentów i pism to nic w porównaniu z tym, jak bardzo można się wkurzyć stojąc w kolejce do dziekanatu. To chwila, w której zaczynasz rozumieć, po co tym wszystkim ludziom lista wydatków i kalkulator.

I powoli – chociaż bardzo tego nie chcesz – stajesz się dorosły.



WIEŚNIOK NA HORYZONCIE

Może to nie spotyka wszystkich, ale ja pierwsze dwa miesiące przyzwyczajałam się do życia w Dużym Mieście.  Kilka razy zdarzyło mi się wsiąść do złego tramwaju i pojechać zupełnie w inną stronę na drugi koniec miasta; często też wybierałam trasę kompletnie naokoło, bo myślałam, że to jedyna i słuszna droga. Patryk kiedyś wracał do domu i wsiadł do autobusu, przekonany, że jedzie do naszego mieszkania. Gdyby nie zorientował się w porę, wywiozłoby go na zupełnie inną dzielnicę, skąd musiałby iść piechotą, bo nie było tam połączeń na nasze zadupie.

Ludzie, których poznałam na pierwszym roku, też mieli problemy. Jedni nie ogarniali automatów na bilety, drudzy spędzali wszystkie wieczory na stancji, kompletnie nie korzystając z możliwości, jakie daje Duże Miasto: nie wychodzili do kina, na spacery, na imprezy, tylko siedzieli na dupie i zapuszczali korzenie. To dla mnie naprawdę wielka pomyłka: uważam, że z życia w Dużym Mieście trzeba korzystać – chodzić wszędzie, gdzie da się wejść i brać wszystkie darmowe wejściówki, jakie rozdają. 
Jednym z moich większych błędów było też wybranie stancji – nie dość, że z właścicielką, to jeszcze tak daleko, że nasi znajomi mieli wątpliwości, czy na pewno jeszcze mieszkamy na terenie Wrocławia. No i, jak niektórzy czytelnicy pamiętają, u nas na osiedlu biegały raz konie. 
Rozrywka gwarantowana!

KASA, KASA, KASA

Finanse – to było coś, co sprawiło mi ogromny problem na początku studiów. Kompletnie nie wiedziałam, jak zaplanować budżet, żeby starczyło do końca tygodnia i żebym nie musiała prosić rodziców – to takie… upokarzające – o więcej. Na początku wydawałam jak leci, kupując tak niepotrzebne pierdoły, że do tej pory jak o tym pomyślę, to nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać. Moje podstawowe błędy? Robiłam zakupy bez listy, więc zawsze brałam za dużo jedzenia, które się potem marnowało. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że jestem durna jak ziemniak i że można to zrobić inaczej – używając takiego pożytecznego organu jak mózg.
W każdym razie, patrząc na swoich znajomych, chyba nie byłam jedyna. Dużo z nas miało problem z tym, jak ogarnąć budżet, żeby starczyło na jedzenie,  fajną książkę czy sukienkę oraz dodatkowy alkohol na imprezę.To śmieszne, ale gdybym lepiej to rozegrała, pewnie teraz nie pisałabym notki, tylko tańczyła do gry Dance Central na nowo kupionym Kinekcie. No cóż, życie.
O tym, do czego w końcu doszłam w związku z oszczędzaniem, pisałam już TUTAJ.


NIC NIE ROBIENIE

Tego to już kompletnie nie rozumiem: iść na studia i nic nie robić. Nie zapisać się na nic, co cię interesuje, nie robić czegoś nowego, tylko najzwyczajniej w świecie studiować, czyli – no proszę was – chodzić na odwal na zajęcia i uczyć się do kolokwiów (to na ambitniejszych kierunkach), albo panikować przed sesją. Rozumiem, jeśli ktoś ma takie studia, że ciągle musi zapierdzielać, żeby go nie wywalili, ale jeżeli jesteś na typowym kierunku, to zazwyczaj masz naprawdę życie lekkie jak księżniczka. To jednak nie przeszkadza ludziom znajdować pięćdziesięciu tysięcy wymówek i finalnie kończy na tym, że ich jedyną aktywnością jest bieganie na tramwaj, a próbą rozwoju – imprezy w soboty, gdzie próbują być towarzyscy. Prawie się wzruszyłam, takie to ambitne.

A Jak Wy wspominacie swój pierwszy rok na studiach? A może jesteście tuż przed? Mamy tu jakichś maturzystów?

Przeczytaj także:

  • Bleh. Zaczynam od października, ale wpierw trzeba ogarnąć przeprowadzkę i to będzie chyba najcięższe. Widziałam swój pokój, już powinnam myśleć o tym, co gdzie i jak wziąć/co będzie potrzebne/co trzeba kupić, ale nie ogarniam. W ogóle mam pewność, że zgubię się już pierwszego dnia, dlatego jadę chyba za tydzień, na dwa dni. Żeby pamiętać, gdzie skręcić, w jakiego busa wsiąść, żeby właśnie nie wylądować na zadupiu, bo ja nie znam żadnej nazwy ulicy oprócz tej, na którą mieszkam i tej, na której będę studiować. To będzie ciekawe, oj będzie. Niech moc będzie ze mną!

  • Tak, też jestem na etapie wieśnioka, ale ja swoją wieśniakowatość celebruję.

  • Ja pamiętam, że jak szłam na inaugurację to byłam bliska zawału, tak się denerwowałam co to będzie O_o Mieszkałam we Wro dopiero od dwóch dni, w dodatku na cholernych Karłowicach, skąd blisko nie było nigdzie. Mieszkałam tam pół roku i ciężko było gdziekolwiek wyjść wieczorem, bo jak spierdzielił ostatni tramwaj to zapierniczać z buta było trochę daleko -_-‚ Dlatego rozkręciłam się dopiero po przeprowadzce do cywilizacji. Chociaż gdybym mogła cofnąć czas, to na pewno korzystałabym z życia bardziej. Bo dopiero teraz doszłam do tego momentu, kiedy nie mam problemu z robieniem czegoś samej – pójściem na koncert, do kina, teatru bez towarzystwa. Ileż ciekawych wydarzeń mnie ominęło, bo nikt nie chciał iść ze mną…

  • Ja tam nie mogę doczekać się studiów głównie ze względu na to, że nareszcie będę się mogła rozwijać tak jak chcę – no w sensie, kierunek studiów i te sprawy 😀 Na pewno na początku jest ciężko, jak zawsze, ale najważniejsze to jakoś się z tym ogarnąć 😉

  • Muszę przyznać, że sama przez calutki pierwszy roku próbowałam ogarnąć się zarówno z finansami jak i z życiem w mieście i smutne jest to, że cały rok siedziałam na mieszkaniu rzadko gdzieś wychodząc- fakt faktem studia są czasochłonne w szczególności gdy miałam dużo projektów ale bywały okresy gdy miałam więcej wolnego czasu. Teraz wiem, że listy i to nie tylko listy zakupów są podstawą. Ja bez list strasznie sie rozleniwiam i mam problem z ogarnięciem rzeczywistości a potem jestem na siebie zła że znów nic nie zrobiłam.

  • Ja też zaczynam studia w październiku, no ale mam mieszkanie na szczęście w normalnej (chyba) dzielnicy Wrocławia, a zamierzam z tego korzystać. Do tej pory mieszkałam na zadupiu, do którego tylko pchają się turyści, a w którym NIC ciekawego nie ma.
    A we Wrocławiu już nieraz byłam, więc może szybko się połapię co i jak 😀

  • Mój początek wcale nie był taki straszny. W sumie zderzenie ze Szczecińską rzeczywistością, owszem gwarantowało kilka potknięć, ale ostatecznie i tak wyszłam zwycięsko. Budżet jakoś nie był problemem, zawsze mam w głowie na co i ile mogę wydać. Owszem czasem bywa tak, że coś wypadnie, ale to wtedy idę do instytucji zwanej bankiem i wliczam sobie w swoje wydatki. Po za tym dobrym patentem jest robienie listy wydatków, na co poszły pieniądze (wszystko co związane ze studiami od dojazdów, po naprawę laptopa) Chociaż nie są to małe sumy to mogę powiedzieć, że daje radę.
    Co do udzielania się na pierwszy roku nic. Takie moje przeświadczenie, jeszcze z liceum, w którym niestety przejechałam się na jednej rzeczy, na drugim to wiadomo radio, które raczej odbiło się czkawką, ale nieco mniejszą. Ja niestety sporo czasu spędzam nad książkami, przynajmniej w tamtym roku, bo w tym co nadchodzi już sobie wyobrażam ogrom roboty, jaki mnie czeka. Operacja licencjat.

    [pi-razy-drzwi]

  • Już od października… wszystko to mnie czeka. PRZERAŻA!:D

  • Ehh studenckie życie… nie dane mi było cię poznać. Cóż, siedzę na tyłku i zapierdzielam żeby mnie nie wywalili, a z roku na rok coraz gorzej, chociaż na pierwszym roku tak płakałam że jest ciężko;-) Ale swoją drogą nie jestem jakaś rozrywkowa i jak już mam czas to wolę i tak posiedzieć z Lubym niż gnać na imprezę. A z planowaniem budżetu masz rację – mózg się przydaje, tak jak i w innych dziedzinach życia;-)

  • Zaraz zaczynam studia, w rodzinnym mieście na dodatek, więc ominą mnie szaleństwa związane z myleniem autobusów i nieogarnianiem nazw ulic… I szczerze powiem, że trochę mi źle z tego powodu. Hej, tyle ciekawych rzeczy by się stało, gdybym zaczynała od zera, we względnie własnym mieszkaniu, bez rodziców za ścianą i tony znajomych kilka ulic dalej ;x

  • Pamiętam jak na inauguracji(tak to się nazywało?) mieliśmy wypełnić jakieś ankiety, czy coś i nie miałam długopisu (jak zresztą parę innych osób) i doktorzy śmiali się, że informatyka to już nawet długopisów nie nosi. ;D

    • Inauguracja czy immatrykulacja? 😀

  • Chcę skończyć jako lekarz weterynarii, kocham swoje studia chociaż kopią w dupę aż upadniesz, a jak upadniesz kontynuują kopanie po innych częściach ciała, ale dopiero Twój wpis uświadomił mi jak wygląda rzeczywistość na innych kierunkach.
    Marzy mi się możliwość rozwijania swojej pasji bez wyrzutów sumienia i ograniczeń czasowych – wciskam bieganie i rower gdzie tylko mogę i kiedy tylko mam na nie siłę, chciałabym mieć czas na więcej niż godzinę wybiegania, na długie przejażdżki po lesie, na basen… Niestety żaden plan treningowy nie wchodzi w grę, kolokwia i poprawki przypadają w najróżniejsze dni. W tym miejscu zazdroszczę każdej wolnej godziny ludziom na „lżejszych” kierunkach:)
    Jeśli macie wolny czas wykorzystujcie go produktywnie… chociaż trochę. 🙂
    Miłość do studiów i rozwijanie się w wybranym kierunku to jedno, otwarty umysł i ciekawość świata to drugie…

  • C.

    Ja zaczynam studia od października i jestem prze-ra-żo-na! Będę daleko od domu, bo ponad 400 km i to będzie pierwsza taka moja rozłąka z bliskimi. Kompletnie nie znam miasta i oczywiście nie znam ludzi. Nawet nie wiem, gdzie będę mieszkać, bo decyzja o akademiku będzie dopiero 20 😀
    Więc z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej- chciałabym to ominąć 😀

  • Ten komentarz został usunięty przez autora.

  • Niby już skończyłam, ale dokładnie pamiętam początki w Wielkim Mieście… Potrzeba na początku trochę czasu aby się zasymilować, poznać miasto, a tym bardziej poznać możliwości jakie nam oferuje.

  • a ja nawet nie mam durnego, starego, poczciwego indeksu :< się na e-indeks przenieśli, cieciory!

  • Ja studiuję w swoim rodzinnym mieście, co ma zarówno plusy i minusy 😉 Pierwszy rok? Zleciał nie wiadomo kiedy. Nowi ludzie, nowa rzeczywistość. Tak jak napisałaś, trzeba się porządnie przestawić na to, że jest się już traktowanym jako osoba dorosła i nikt nie będzie latał za Tobą jak za dzieckiem, ale to akurat jest dobre. Podoba mi się Twoje podejście do życia w dużym mieście – korzystać! 🙂

  • Wrocław rządzi! Nie wiem jak ja to zrobiłam rok temu, ale nigdy nie zgubiłam się w komunikacji miejskiej, chociaż przy przeprowadzce byłam w mieście 1 raz w życiu, chyba mam miasto we krwii 😀

  • Kiedy ja lubię parufki ;<
    PS. LUDZIE KUPUJCIE PARUFKI DLA DZIECI BO MAJA NAJWIECEJ MIECHA. Ew. czytajcie składy.

    • Potworek i jej misja popularyzacji parufek

  • Eh, żeby tak każdy student mógł robić to wszystko co daje wielkie miasto 🙁 Zaoczni maja z tym kiepsko ale za to praca jest 😀 Jako pracująca studentka, mieszkająca sama i dojeżdżająca na uczelnię 50 km za każdym razem – stwierdzam, że starcza mi czasu tylko na naukę xD Nie no, żartuję 😀 Każdy ma do tego inne podejście i bywają różne sytuacje.

  • Doskonale pamiętam pierwsze tygodnie w nowym mieście. Mimo, że zestresowana szłam na uczelnię, a wyjazd mpkiem planowałam dwa dni przed – miło to wspominam 😉

  • Ej, nawet jak nie jesteś na typowym kierunku to masz życie jak księżniczka! Powaga, poważne kierunki to też może być Ponyland. Na przykład mamy cudowny dziekanat. :3 Tak, kocham moje Panie z Dziekanatu. <3 (Nawet jak się do nich trzy razy dzwoni upewnić się, czy można jakiś przedmiot zastąpić innym i mnie ze studiów nie wyleją).

    Poza tym, bez przesady, komunikacja we Wrocławiu jest spoko. W ogóle Wrocław jest spoko.

    pees – byłaś na wystawie Breugela?

  • Studia… ach, studia… 🙂 tak, tak – błogi czas, w którym uczysz się, że nie wszystko złoto co się świeci, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi 😉

  • Jeszcze kilka tygodni i wyjeżdżam na podbój Miasta. To mówisz, że nieźle można odłożyć? Będę się starać! 😉

  • Nie wiem czemu ale na pierwszym roku mimo wielu dziwnych spotkań czy akcji miałam lepiej rozplanowany budżet niż na roku drugim..
    Najgorsze jest to,że za nic nie wychodzi mi polaczenie snu,zdrowego jedzenia,życia towarzyskiego i nauki- nie ma czasu – nie wspominając o klapnięciu sobie i poczytaniu normalnej książki czy bycia na bieżąco z filmami,teatrem,serialami…-.-

  • Notka w sam raz dla mnie. Jestem przed studiami i nie powiem strasznie się boję.

  • Znam wiele osób i sama jestem jedną z tych, które głównie się uczą. I nie uważam tego za nic złego. Być może nie zaliczyłam wszystkich imprez na studiach, ale mam oceny, które kwalifikują mnie do otrzymania stypendium. A kiedy rodzice ledwo ciągną, żeby utrzymać cię na studiach w wielkim mieście, to trzeba ustalić jakieś priorytety.

    • No i świetnie 🙂 Nie rozumiem tego fenomenu imprez 😀 Gratuluję stypendium!

  • Mój pierwszy rok? Mam wrażenie, że non stop siedziałam na uczelni, a po zajęciach wsiadałam w pociąg do domu i nawet już nie myślałam o tym, że mnie jakaś impreza omija. Korzystanie z Wielkiego Miasta? Kino, teatr, wystawa, itp., studenci z tego korzystają? xD A napić się można wszędzie. Nooo, chyba że musisz iść do klubu, gdzie jest mnóstwo orgazmusów, ech, erazmusów, którzy potrafią powiedzieć po angielsku, że masz piękne oczy xD Poza tym, no nie ukrywajmy, organizacja czasu i finansów to nie wszystko, szkoda, że nie wspomniałaś o tym, jak duży przesiew jest na pierwszym roku, ile osób odpadnie jeszcze przed pierwszą sesją.

    • Kwestia kierunku, u mnie nie było przesiewu 😛

  • Anonymous

    Ja jestem jedną nogą na 5 roku, bo jeszcze czeka mnie poprawka. Zgadzam się w 100% z tym co napisałaś. Zachwyt faktem, że jest się już STUDENTEM i zapał do nauki bardzo szybko mija, a zostaje szara rzeczywistość – ciągła niepewność czy starczy do 1-szego, brak perspektyw na przyszłość i wielkie rozczarowanie, bo przecież miało być tak pięknie. Mimo wszystko jak tak patrzę wstecz, to jestem z siebie dumna. Mimo tego że studiuję trudny kierunek, który wymaga wkuwania obszernych partii materiału, zrobiłam dużo więcej dla swojego rozwoju osobistego, niż moi rówieśnicy – pracowałam dorywczo w kilku miejscach, zrobiłam certyfikat z angielskiego na poziomie C1, zaczęłam naukę nowego języka, uczestniczyłam w różnych kursach i szkoleniach, podszkoliłam się w jeździe samochodem, a co najważniejsze – starałam się wysypiać i dużo ćwiczyć. Z przykrością stwierdzam, że studia tylko przeszkadzają nam w rozwijaniu nowych umiejętności, bo naprawdę traci się masę cennego czasu czekając na wpisy, stojąc w kolejce do dziekanatu, czy siedząc na zajęciach, z których nic nie wynosisz, bo i tak wszystkiego trzeba nauczyć się samemu w domu. Gdybym znowu miała szansę zdawać maturę, prawdopodobnie wcale nie poszłabym na studia.

  • Beata

    U mnie biegały po balkonem lisy i zające a mieszkam w centrum Lublina więc konie mnie nie zaskoczyły 😀
    Pamiętam że na pierwszym roku jeszcze się uczyłam a potem tylko chlanie, imprezy i poprawki poprawek. Kasa leciała jak szalona i jak sobie pomysle że gdybym odkładała symboliczne 50 zł każdego miesiąca byłabym teraz milionerką 🙁
    Ale i tak nie żaluje:)

  • Mój pierwszy rok na studiach był całkiem przyjemny…przynajmniej z tego względu, że atmosfera była naprawdę fajna, a ludzie sympatyczni i chętni do zawierania nowych znajomości;) No i ogarnianie życia w dużym mieście, to było coś;)

  • Anonymous

    A ja – niespodzianka. Druga Gimbazjum dopiero mnie czeka. Wszystko jeszcze przede mną, więc sama sprawdzę jak to wszystko będzie wyglądać. Aż mi głupio, że tutaj wszyscy tuż-przed albo po-studenci, a jeszcze grzeję ławeczkę wśród czternastolatków. Mam nadzieję, że nie obrażasz się, że ktoś tak nieletni jak ja, czyta Twojego bloga.

    • Cieszę się z każdego czytelnika – czy ma 12 lat czy 85 🙂 Także fajnie, że jesteś!

    • Ze mną podobnie: przeczytałam wpis, potem komentarze i trochę się zawstydziłam, że prawie wszyscy tutaj są już po i wspominają ten nieszczęsny pierwszy rok. 😉
      Ja studia znam na razie tylko z opowiadań i obawiam się, że wszystkie wady i zalety samodzielnego mieszkania mnie ominą (podobnie jak innych starszych członków rodziny) – mieszkamy naprzeciwko uniwersytetu, bliżej być nie mogło, więc o wyprowadzce raczej nie będzie mowy. Rodzice już wspominają, jak to fajnie będzie spędzić razem całe życie (dom jest całkiem duży, więc argument o braku miejsca też odpada).

  • Pierwszy rok na studiach wspominam właśnie jako takie przystosowywanie się do nowej sytuacji. Nie było łatwo, też kilka razy się zgubiłam i wsiadłam w zły tramwaj 😉 Poza tym nie najlepiej czułam się w moim ówczesnym wynajmowanym mieszkaniu i bardzo tęskniłam za domem rodzinnym. Ale jeśli chodzi o wydatki, to od początku rozsądnie gospodarowałam mamoną, czasami aż za bardzo 😉 Chyba teraz jestem bardziej rozrzutna niż na początku studiów, może dlatego, że teraz wydaje głównie pieniądze, które sama zarobię 😛

  • Well… ja właśnie jestem prawie jedną nogą na studiach. I potwornie się cieszę, że wpadłam na pomysł czytania blogów i (przy okazji) zbierania doświadczeń studenckich, zanim narobiłam głupot 😉

  • O jejciu … To było lata świetlne temu, ten mój pierwszy rok studiów. Z czym miałam problem? Z nauczeniem się, jak wyłuskać to, co mi potrzebne z całego natłoku słów wypowiadanych przez profesora. Jeden mówił tylko o tym co ważne, inny o pierdołach, a jeszcze inny nie mówił nic, tylko pytał.
    Ogólnie uważam, że studia to ciekawe doświadczenie 🙂 Dla jednych to przedłużenie szkoły średniej, dla mnie były czasem, kiedy poznałam samą siebie. I doszłam do wniosku, że nawet tą babę lubię.

  • Ja już na pierwszym semestrze wypracowałam system – na które zajęcia chodzę, na które nie, na których notuję, na których nie, na jakie imprezy idę, na jakie nie. Trzeba dobrze wybadać otoczenie i jak się już wypracuje dobry tryb działania to można go z powodzeniem stosować przez następne lata. Mój przez 3 lata nie zawiódł i mam nadzieję, że przez następne 2 też będzie funkcjonował 😉

  • Mam nadzieję, że mi jednak uda sie coś zrobić na tych studiach. Fajnie, ze zwróciłaś uwagę na kwestię finansów. Pozdrawiam!

  • W tym roku idę na studia, również do Wrocławia. Sądzę, że wskazówki się przydadzą, gdyż myślę podobnie jak Ty. Obawiam się jednak o te budżetowe problemy i o automaty z biletami xD

  • Dobrze, że u mnie nie będzie szoku po przejściu do większego miasta, przynajmniej nie zabłądzę ani nic. Nie wiem, co będę robiła na studiach, ale ja raczej lubię dużo robić, więc pewnie jak zawsze będę się starała, by dni były wypełnione po brzegi. 😉

  • Studia.. to piękny okres życia,ale trzeba umiejętnie go wykorzystać. Trzeba znaleźć złoty środek między nauką a imprezowaniem. Trzeba pamiętać o spełnianiu marzeń. I trzeba mieć troszkę szczęścia:D Studia musiałam przerwać, ale nauczyły mnie one samodzielności, przeniosłam się do nowego miasta i nie było one wcale większe od mojego a wręcz przeciwnie. ale to w nim miałam czas na to by spełniać swoje marzenia. Studiowałam, uczyłam się, pracowałam, miałam czas dla znajomych i na to by robić prawo jazdy. Wszystko da się zrobić:) Dlatego własnie przyznaję Ci rację – sama nauka to nie studiowanie, studiowanie to wszystko to czego uczymy się w dorosłym życiu:) Ja też się śmieje z kilku swoich błędów, ale czasem musimy je sami popełnić by je zrozumiec:) pozdrawiam

  • Od szukania mieszkania miałam na szczęście swoich murzynów ;P. Pierwsze co – żadnych właścicieli wewnątrz. Nigdy nie robiłam i nie będę robić listy, jak idę na zakupy, bo to dla mnie bez sensu :D. Finanse tak trochę zrzuciłam na chłopaka, pod pretekstem, że ja się w życiu nie doliczę. A co do zajęć dodatkowych, to trochę żałuję, że na uczelni na żadne się nie dostałam, a poza nią mi się nie chciało szukać. Co do imprez, to ich nie lubię akurat, a miasta nie mam z kim zwiedzać ;D.

  • U mnie pierwszy rok studiów zszedł się w czasie z różnymi innymi zmianami w życiu, więc tym bardziej wszystko powywracało się do góry nogami, ale na plus! Lubię studiować, lubię moje Duże Miasto i jego możliwości, lubię darmowe wejściówki i zniżki studenckie. Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, w pierwszym semestrze regularnie brakowało mi pieniędzy, ale już w drugim, udało mi się odłożyć niezłą sumkę na wakacje. Jednak największym zaskoczeniem, o którym bardzo chciałabym wiedzieć, ale nikt mnie nie poinformował, jest uczenie się miliona zbędnych rzeczy. Szczególnie na pierwszym roku połowa przedmiotów to filozofie i socjologie (na uniwersytetach) i chyba łatwiej przez to przebrnąć, jak się do tego człowiek przygotuje wcześniej 😉

  • Za dwa miesiące rozpoczynam studia w Sheffield, właśnie czekam na decyzję o kredycie i nie wiem czy się cieszyć, czy denerwować…