To już niedługo – dzikie hordy nieogarniętych maturzystów w podnieceniu przybiegną na inaugurację, by chwycić w swoje łapczywe ręce indeksy, którymi będą się potem jarać przez następny miesiąc. Ci bardziej towarzyscy wstawia zdjęcie na fejsa, ci bardziej skromni ograniczą się do statusu, żeby pochwalić się całemu światu, że to właśnie już. Że jest się studentem. Że tanie piwo, mrożona pizza i zniżki na MPK czekają.  Że świat jest cudowny, dziki i nieodkryty, a alkoholi nie można mieszać.
A potem rzeczywistość kopie ich w twarz, każąc wypełniać jakieś dokumenty, czekać godzinami w dziekanacie i pamiętać o wszystkich dziwnych terminach. Mija rok, a wy orientujecie się, że jedyne, co zrobiliście na studiach to… żyliście. Niezbyt produktywnie, w dodatku, zajadając parówki i pasztet.
Smutne.



Czy będziecie się z tym zgadzać, czy nie, jedno jest dla mnie pewne – studia to zupełnie nowy etap w życiu człowieka, szczególnie, jeśli musi się wyprowadzić z domu. To czas domówek, na których zawsze ktoś w końcu ląduje przytulony do toalety; ogarnięcia się i ruszenia tyłka, bo nikt ci nie powie jak w szkole, co dokładnie masz wiedzieć na egzamin; to moment, w którym zaczynasz zauważać, że całe to uzupełnianie tony dokumentów i pism to nic w porównaniu z tym, jak bardzo można się wkurzyć stojąc w kolejce do dziekanatu. To chwila, w której zaczynasz rozumieć, po co tym wszystkim ludziom lista wydatków i kalkulator.

I powoli – chociaż bardzo tego nie chcesz – stajesz się dorosły.


WIEŚNIOK NA HORYZONCIE

Może to nie spotyka wszystkich, ale ja pierwsze dwa miesiące przyzwyczajałam się do życia w Dużym Mieście.  Kilka razy zdarzyło mi się wsiąść do złego tramwaju i pojechać zupełnie w inną stronę na drugi koniec miasta; często też wybierałam trasę kompletnie naokoło, bo myślałam, że to jedyna i słuszna droga. Patryk kiedyś wracał do domu i wsiadł do autobusu, przekonany, że jedzie do naszego mieszkania. Gdyby nie zorientował się w porę, wywiozłoby go na zupełnie inną dzielnicę, skąd musiałby iść piechotą, bo nie było tam połączeń na nasze zadupie.

Ludzie, których poznałam na pierwszym roku, też mieli problemy. Jedni nie ogarniali automatów na bilety, drudzy spędzali wszystkie wieczory na stancji, kompletnie nie korzystając z możliwości, jakie daje Duże Miasto: nie wychodzili do kina, na spacery, na imprezy, tylko siedzieli na dupie i zapuszczali korzenie. To dla mnie naprawdę wielka pomyłka: uważam, że z życia w Dużym Mieście trzeba korzystać – chodzić wszędzie, gdzie da się wejść i brać wszystkie darmowe wejściówki, jakie rozdają. 
Jednym z moich większych błędów było też wybranie stancji – nie dość, że z właścicielką, to jeszcze tak daleko, że nasi znajomi mieli wątpliwości, czy na pewno jeszcze mieszkamy na terenie Wrocławia. No i, jak niektórzy czytelnicy pamiętają, u nas na osiedlu biegały raz konie. 
Rozrywka gwarantowana!

KASA, KASA, KASA

Finanse – to było coś, co sprawiło mi ogromny problem na początku studiów. Kompletnie nie wiedziałam, jak zaplanować budżet, żeby starczyło do końca tygodnia i żebym nie musiała prosić rodziców – to takie… upokarzające – o więcej. Na początku wydawałam jak leci, kupując tak niepotrzebne pierdoły, że do tej pory jak o tym pomyślę, to nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać. Moje podstawowe błędy? Robiłam zakupy bez listy, więc zawsze brałam za dużo jedzenia, które się potem marnowało. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że jestem durna jak ziemniak i że można to zrobić inaczej – używając takiego pożytecznego organu jak mózg.
W każdym razie, patrząc na swoich znajomych, chyba nie byłam jedyna. Dużo z nas miało problem z tym, jak ogarnąć budżet, żeby starczyło na jedzenie,  fajną książkę czy sukienkę oraz dodatkowy alkohol na imprezę.To śmieszne, ale gdybym lepiej to rozegrała, pewnie teraz nie pisałabym notki, tylko tańczyła do gry Dance Central na nowo kupionym Kinekcie. No cóż, życie.
O tym, do czego w końcu doszłam w związku z oszczędzaniem, pisałam już TUTAJ.


NIC NIE ROBIENIE

Tego to już kompletnie nie rozumiem: iść na studia i nic nie robić. Nie zapisać się na nic, co cię interesuje, nie robić czegoś nowego, tylko najzwyczajniej w świecie studiować, czyli – no proszę was – chodzić na odwal na zajęcia i uczyć się do kolokwiów (to na ambitniejszych kierunkach), albo panikować przed sesją. Rozumiem, jeśli ktoś ma takie studia, że ciągle musi zapierdzielać, żeby go nie wywalili, ale jeżeli jesteś na typowym kierunku, to zazwyczaj masz naprawdę życie lekkie jak księżniczka. To jednak nie przeszkadza ludziom znajdować pięćdziesięciu tysięcy wymówek i finalnie kończy na tym, że ich jedyną aktywnością jest bieganie na tramwaj, a próbą rozwoju – imprezy w soboty, gdzie próbują być towarzyscy. Prawie się wzruszyłam, takie to ambitne.

A Jak Wy wspominacie swój pierwszy rok na studiach? A może jesteście tuż przed? Mamy tu jakichś maturzystów?