Znam skróty z tablicy Mendelejewa  potrafię podać wzór na ruch jednostajny, pamiętam, co to są szklane domy i jak skończyła się ballada „Lilije”, a na dodatek wiem, że delta zawsze jest najważniejsza. Ba – umiem rozwiązywać testy tak, żeby zawsze trafić w dobrą odpowiedź i pisać wypracowanie pod odpowiedni klucz, żeby przypodobać się egzaminatorowi.
Wydawałoby się, że to wystarczy, żeby jakoś ogarnąć świat, zacząć studia i dorosłe życie.
Nikt mi jednak nie powiedział, gdzie się płaci za prąd, jaki podatek jest od czego, jak wypełnić głupi formularz do urzędu i jak sobie poradzić w nowej pracy. Co więcej: do kogo się zgłosić, jeśli nie mogę przyjść, jak dać sobie radę, kiedy dostanę opierdziel od góry do dołu i co robić w niektórych sytuacjach, które kompletnie nie są do przewidzenia.
I dlaczego nikt mnie nie uświadomił, że wszystkie te rzeczy, których się tak pieczołowicie uczyłam, nikogo nie obchodzą?


Nie zrozumcie mnie źle- nie mówię, że cała ta wiedza, którą nam wpajano przez jakieś dwanaście lat naszego życia, jest niczym i lepiej byłoby bez tego. Nie mówię tez, że ktoś ma mnie prowadzić za rączkę przez życie i pokazywać wielkim, grubym paluchem, gdzie mam kliknąć, żeby zadziałało i wszystko było cacy.

Co nie zmienia faktu, że trochę teorii życia i jego praktyki by się w szkole przydało.
Nasi rodzice mieli rację mówiąc, że życie jest wredne. Bo jest – nie ma co ukrywać. I nie chodzi tu o to, że akurat jak się spieszysz, to zwieje ci autobus, albo babka w sklepie krzywo na ciebie spojrzy: to coś innego. W życiu nie wystarczy się uśmiechnąć i wykuć parę formułek, by dostać piątkę i zasłużyć sobie na oklaski. Trzeba zapierdzielać, a i tak na jedną pochwałę dostaniesz pięć razy opieprz. A potem, jeśli się zawiesisz i przestaniesz się starać, kopną cię w tyłek.
I o tym w szkole nie mówili.

NIE POWIEMY TEGO

Nie mówili też o tym, że wzór na deltę albo równania kwadratowe nie przydadzą się kompletnie – zwłaszcza, jeśli trzeba będzie zaplanować domowy budżet i podliczyć, co i na ile nam starczy. Na geografii powiedzieli, jak wygląda budowa ziemi, ale nikt nie wspomniał o tym, ile trzeba się napracować, żeby ją przekopać pod ogródek albo zaplanować podróż do innego kraju. Ba, nikt nie napomknął o tym, co zrobić z rachunkami (chyba, że możesz zapłacić je przez internet – TO akurat umiemy!), jak naprawić zepsutą lodówkę, nawias w szafce, ułamaną nogę… jak napisać CV, żeby pracodawca od razu nie wyrzucił go do kosza i czego nie mówić na rozmowie kwalifikacyjnej, coby nie wyjść na wariata.

Nikt nie nauczył także, jak się zachować w nowej pracy, jak sobie poradzić i co zrobić, aby nie zostać wywalonym po tygodniu. Nie wspominano, jak sobie załatwić dzień wolny i do kogo zadzwonić, jeśli naprawdę nie możesz przyjść; jak pokonać ten cholerny stres przed rozmową z kimś na najwyższym stanowisku; i w ogóle co zrobić, żeby w tym dorosłym świecie, najzwyczajniej nie zwariować.
Na biologii mało co powiedzieli o zdrowym odżywianiu – ważniejszy był szkielet ptaka. Nie dali znać, co zrobić, kiedy nornice przekopią ci działkę, albo kiedy źle się czujesz, a doktor nie ma zamiaru ci pomóc.  Na chemii nie wytłumaczyli, że co znaczą niektóre dziwne nazwy w składzie żywności, za to gruntownie wpakowali nam do głów wzory na alkany, alkeny i alkiny. 
Tak dużo rzeczy, tak wiele bzdur.

PRZECIEŻ JEST INTERNET!

Ja zdaję sobie sprawę, że odpowiedzi na te wszystkie pytania można znaleźć sobie u wujka Google. Wiem też, że niektórych rzeczy musimy się nauczyć sami, przejechać się, dostać po tyłku, wrócić z podkulonym ogonem albo promieniującą uśmiechem twarzą. Że raz będzie dobrze, żeby potem było źle.  

Niektórych odpowiedzi jednak nie znajdzie się w internecie. Niektórych rzeczy naprawdę nie wiadomo, jak rozwiązać. W niektórych sprawach trzeba być okropnym tylko dlatego, że nikt nam nie powiedział, jak to zrobić, a sami nie damy rady się tego dowiedzieć, dopóki nie spróbujemy wszystkiego.
Może to i dobrze? Może właśnie te pierwsze kopy w tyłek, które dostajemy na początku dorosłości sprawiają, że potem zaczynamy sobie radzić? Nie mam pojęcia. Wiem, że pierwszy rok dorosłości dał mi popalić, zafundował na starość wrzody żołądka i … tak, myślę, że sprawił, że wreszcie jestem bardziej samodzielna.
Co nie zmienia faktu, że w szkole nauczyłam się głównie tego, jak myśleć jak inni i rozwiązać dobrze ankietę.*
Smutne.
* Żeby nie było: nie jestem z tych, która wymaga od edukacji cudów. Nie sądzę, że po studiach pracodawcy mnie przyjmą z otwartymi ramionami ,nie uważam, że wszystkiego powinnam nauczyć się w szkole – wręcz przeciwnie, uważam, że samorozwój jest kluczowy w tym momencie – co nie zmienia faktu, że rzeczywistość i prawa jest raczej gorzka.
Ewentualnie słodko-gorzka, ale marna to pociecha.