Wydawałoby się, że mając lat dziewiętnaście i-prawie-pół-ale-się-nie-przyznaję, powinnam marzyć o światowej sławie, karierze, wielkich plakatach z moją piegowatą twarzą i reklamie czipsów sygnowaną moim imieniem. Ponieważ jestem też studentem, który wie, co to ostatnie pieniądze na bilet, teoretycznie powinnam też pragnąć góry pieniędzy, żeby menu składające się z zupek chińskich i słoików od mamy, urozmaicić chociażby luksusowymi truskawkami z supermarketu, które są tak świeże jak Michael Jackson i gniją na drugi dzień.
A ja marzę tylko o kocie.
I cholernie, naprawdę cholernie nie wiem, co mam z tym fantem zrobić.

TRUDNA DECYZJA

Chyba wszyscy na świecie – no cóż, może oprócz Justina Biebera – wiedzą, że adoptowanie zwierzaka nie jest wcale takie łatwe, na jakie wygląda w Simsach. I chociaż to logiczne, że mały, puszysty kłębuszek to sama radość, nic dziwnego, że jest to decyzja, którą trudno podjąć. A przynajmniej ja mam z nią taki kłopot, jakby było to co najmniej zadanie maturalne z rozszerzonej fizyki,
albo wyrecytowanie całej tabliczki mnożenia, z tym wrednym rzędem z liczbą siedem, którego się wiecznie zapomina.
W każdy razie – naprawdę nie mam pojęcia, co zrobić. Bo serce mówi jedno, a rozsądek.. rozsądek mówi, że dam radę, ale mimo wszystko się boję.
Bo w sumie, to ja chyba tylko w gębie jestem mocna.

TYLE ZA I TYLE PRZECIW 

Z jednej strony – zdaję sobie sprawę, że kot to nie tylko zabawa, ale też kasa na piasek, coby nie uważał piaskownicy dla dzieci za wielką kuwetę, jedzenie i weterynarza. Ba, to też kupa czasu, bo przecież nie będę go zostawiać samego sobie, żeby bawił się z własnym ogonem, albo wpadł w depresję, jadł całe pudło czekoladowych lodów na raz i pomiaukując, zaczął fanatycznie oglądać Modę na sukces.
I jestem w stanie mu to wszytko zapewnić.  Myślę, że to samo dotyczy kwestii weekendowych wyjazdów do domu – dużo czytałam o podróżujących kotach i raczej powinnam dać sobie z tym radę.
No właśnie.
Z drugiej strony: boję się. Boję się, że jednak nie dam rady, że kot będzie przeze mnie cierpiał i że to zła decyzja.  Ale ja tak bardzo, bardzo, bardzo bym chciała go mieć: naprawdę. Zwłaszcza, że o zabraniu mojego Maciosława do Wrocławia nie ma mowy – rodzice go zaklepali i ze względu na wiek nie puszczą w żadną, nawet najkrótszą podróż. Maciek bezdyskusyjnie zostaje więc w domu niczym Harry w komórce pod schodami, a ja cierpię na brak kota i zdecydowaną potrzebę, by takiego mieć.

I jeszcze jedno: to nie jest coś, na co wpadłam teraz, bo o adopcji kota myślę od października.

PROSZĘ… WAS

Ponieważ sama nie potrafię podjąć decyzji – a przynajmniej potrzebuję kopa w tyłek, coby się w końcu określić – prosiłabym Was o pomoc. Czy ktoś z Was miał zwierzaka na studiach? A może ma znajomego, który ma i może podzielić się doświadczeniami? Jak myślicie, dałabym radę?
Aaaa, błagam, niech ktoś napisze cokolwiek, może być nawet „kalafior”, żebym tylko wreszcie się zdecydowała. Jestem w kropce.
I zdecydowanie chciałabym z niej wyjść. Z kotem, rzecz jasna.