Minus pięć za oknem, śnieg wściekle sypie w oczy, jakbym mu zrobiła coś złego, a ja w pięciu warstwach ubrań na sobie, zasapana i czerwona jakbym dopiero co wbiegła na Mount Everest i tym samym sposobem z niego zeszła. Ludzie przykładają głowy do szyb tramwaju i z miną, którą się robi, kiedy patrzysz na wariatkę, obserwują jak po raz kolejny zaczynam biec, skipować albo robić inne rzeczy, których na pewno normalny człowiek nie robi w środku dnia, zwłaszcza na szkolnym stadionie, albo -bój się Boga! – na ścieżce… biegowej. Dlaczego to robię? Dobre pytanie. Bo w sumie to.. do cholery, dlaczego?

#1 „PO” LEPSZE NIŻ „PRZED”

Czasami, przysięgam na mojego kota, naprawdę się nie chce. Z wielu powodów: nieprzespana noc, bolący brzuch, katar cieknący niczym woda z magicznego źródełka albo świadomość, że wszyscy inni po zajęciach mogą sobie po prostu iść do domu, a ja, jak ten wafel, pedałuję na trening, stojąc w tramwaju wypchanym po brzegi albo jadąc autobusem, którego kierowca traktuje nas jak bydło, zakręcając gwałtownie i sprawiając, że podróżni lecą na siebie jak klocki domino. Czasami nie chce się nawet w trakcie: bo ciężko, męcząco, zimno albo – w przypadku monotonnych ćwiczeń – po prostu nudno. W takim razie pytanie jest proste – po kiego grzyba to wszystko robić, skoro się nie chce?
Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja cepa: dla uczucia „po”.
Pamiętacie z lekcji biologii albo z artykułu na popularnych ostatnio, portalach odchudzających, o endorfinach, które wytwarzają się po bieganiu?
 Ja tam nie czuję, żeby mój mózg produkował cokolwiek, ale fakt, że nawet po najcięższym treningu, kiedy zdycham jak sumo po wielkim obiedzie w McDonaldzie i chcę, żeby ktoś się zlitował i mnie zabił, czuję się i tak lepiej, niż przed. I nawet nie chodzi o część fizyczną: po prostu bardziej mi radośnie, nie rzucam talerzami w Patryka, robię się mniej złośliwa i co więcej – nie żałuję Maciosławowi saszetki z narkotycznym dla niego, kocim żarciem.  Jestem jak skowronek, który właśnie wygrał na loterii.
No, zmęczony jak cholera skowronek, ale jednak!

#2 SŁODYCZE, WITAM

Nie mówię, że jestem jakimś łasuchem, który wsuwa wszystko niczym odkurzacz najnowszej generacji, ale nie da się ukryć, że jedyna rzecz, jaką bym wzięła na bezludną wyspę do jedzenia, to wielka ciężarówka wypełniona słodyczami. I dzięki Bogu, że trenuję, bo myślę, że z tych porcji, które czasami wsuwam, mogłabym mieć posturę której z sióstr-celebrytek, których nazwisko zaczyna się na uroczą literkę G.  A tak? Nie muszę się martwić, że mój tyłek zacznie mieć rozmiary trzydzwiowej szafy, w dodatku dębowej i całkiem potężnej. Po prostu… idę na trening. I już. Żadnych diet opartych na liściach sałaty i jeno wodzie. Fajnie brzmi, prawda?

#3 JESTEM EINSTEINEM

Wierzcie lub nie, możesz być po treningu zmęczony jak Syzyf pchający na górę ten wielki głaz od nowa i od nowa, ale mimo to, jeśli masz się czegoś nauczyć, to… nauczysz się tego trzy raz szybciej, niż normalnie. Czemu? Naukowcy mówią, że to kwestia dotlenienia się, ja mówię – po prostu ćwiczenia. I już. Czy nie opłaca się godziny pobiegać, aby potem wkuwać godzinę mniej? Jak dla mnie układ idealny.

Czy sport nie jest świetny? Oczywiście, że jest. Więc jak któreś z Was jeszcze nie wypróbowało na własnej skórze, to zalecam ruszyć dupę i iść poćwiczyć. A to, że nie macie czasu… to tylko marna wymówka.
Rzekłam ja, blondynka. Amen.