W czasie promocji na hamburgera za dwa złote w restauracji z żółtą, rażącą literką M na logo i dziwnym klaunem jako znakiem rozpoznawczym, ludzie którzy nagle wymyślili sobie, że będą żyli jedząc w hurtowej ilości warzywa, owoce i pierś z kurczaka, która nie zamieni się w schabowego, są pewnym – chociaż już coraz mniejszym – ewenementem. No bo jak to tak: rezygnować z przepysznej pizzy, frytek tak zatopionych w tłuszczu, że zrobiły się sztywne i małych skrzydełek kurczaków, które sprawiają,że człowiek za każdym razem upierdzieli się od góry do dołu?  A jednak!
Szkoda tylko, że – finansowo rzecz ujmując – lepiej jeść gorzej, bo przynajmniej nie wylądujesz na środku przystanku, trzymając w ręku gitarę i z zapałem fałszując piosenki Bednarka, próbując wymusić od ludzi trochę grosza, coby przeżyć, bo wszystko poszło na kalafior. 

SKĄD W OGÓLE TAKI DURNY POMYSŁ PRZYSZEDŁ MI DO GŁOWY

Pamiętacie, jak pisałam, że z warzyw to ja tylko jem ziemniaki? No cóż, trochę czasu temu sytuacja się zmieniła, bo przez problemy zdrowotne torturują mnie tym, że muszę zjadać także te rzeczy, których nazw nawet nie pamiętam, wiem tylko, że są kolorowe i smakują jak warzywa – czyli, w porównaniu do czekolady, niezbyt atrakcyjnie.
Zawzięłam się, krzyżyk na drogę i po dwóch miesiącach…
jestem przerażona stanem mojego konta.
I nie chodzi o to, że jak zwykle nakupowałam pierdół, bardzo potrzebnych do życia rzeczy jak sterta nowych ubrań czy lakierów do paznokci, których nigdy za mało. Rachunek za zdrowe jedzenie – ciemny chleb, owoce i warzywa, chude mięso, jednym słowem rzeczy, z których wszyscy trenerzy z programów o tych biednych grubaskach, których się nieźle torturuje, żeby nieco schudli, byliby dumni, jest gigantyczny.
A przynajmniej sporo większy od zwykłych rachunków, które obejmują jedzenie dla normalnych śmiertelników, którym okrutni lekarze nie każą wpierniczać sałaty. Biedna, ach biedna ja.

DLACZEGO?

Dla mnie to jakiś paradoks – żeby za kilka warzyw, które swoją drogą i tak są średniej jakości, bo sezon zimowy, płacić trzy razy więcej, niż za gotowy obiad, zapakowany w folię z datą ważności do 2016 roku – zresztą, ciekawe na co to komu, skoro już w piątek koniec świata – w którym więcej jest sztucznych składników, niż jakichkolwiek normalnych rzeczy, o ile jest w składzie cokolwiek, co ma coś wspólnego z naturalnością.  Nawet jak zamawiacie durną sałatkę w tym fastfoodzie, którego ciągle hejtuję*, to płacicie więcej, niż za dwa hamburgery i małe frytki. Gdzie jest sens?

Wszyscy trąbią o tym, że powinniśmy się zdrowo odżywiać: hej, jedzcie brązowy cukier, wcinajcie ryżowe wafle i ciemny chleb, dużo warzyw i jakieś dziwne, zagraniczne cosie, z których robi się tylko potrawy w cholernie drogich restauracjach, a będziecie żyli długo i szczęśliwie. Nikt tylko nie wspomina o tym, że z dziurą w portfelu i najprawdopodobniej drzemiąc na przystankach, bo zdrowe stołowanie tak was zbankrutuje, że właściciel bez wyrzutów sumienia wypierdzieli was na zbity pysk.

A może to ja biorę przykład ze sławnych blondynek, takich jak fałszująca Paris Hilton z tym swoim psem upchanym w wielkiej torbie od projektanta i nie rozumiem tego, że fakt, iż marchewka z dwoma pomarańczami i trzema paprykami jest droższa od dania typu „otwórz- zalej wodą – wpieprzaj i smacznego” jest czymś normalnym?
Bo na razie wniosek mam jeden: jedząc zupki chińskie przynajmniej starczy ci pod koniec miesiąca na waciki.

*Nienawidzę tej restauracji, bo już nie serwują lodów z posypką z M&Msów. Jak można być aż tak okrutnym?