Piskliwy dźwięk budzika potrafiłby podnieść z grobu umarłego. Podnieś dupę i do roboty, ty pierdoło – wydaje się wołać melodyjka, która z założenia kompozytorów miała łagodnie budzić do życia, ale koniec końców brutalnie wyrywa ze snu i jeszcze daje porządnego kopa twoim bębenkom, przyzwyczajonym raczej do hitów puszczanych w top liście MTV, niż słuchania czegoś, co przypomina jednocześnie miauczenie kota, który przytrzasnął sobie ogon połączonego z piskami wydawanymi przez małoletnie, umalowane dziewuchy wpuszczone tłumnie na koncert Justina Biebera.

Zwlekasz się z łóżka niby jedno z tych gnijących zombie z serialu, w którym wszyscy bohaterowie są idiotami* i próbujesz przeczekać cały tydzień, aż do weekendu, kiedy wreszcie będziesz mógł zdjąć kajdany i rzucić je w kąt. Życie niewolnika jest trudne, czyż nie?
Więc po co, do cholery, się na nie godzisz?

JAK TO WYGLĄDA

Najpierw uczysz się, by dostać do następnej szkoły. Potem – czasami zupełnie bez sensu – kujesz po nocach, żeby zdać maturę i dostać się na studia, które nie do końca cię interesują, ale zapewniają porządny zawód i jakąś tam gwarancję, że w przyszłości będziesz zarabiać tak, by chociaż raz na tydzień stać cię było na kawę w Starbucksie. Tą z limitowanej edycji, która nie różni się niczym od kawy zrobionej w domu, ale jest w fajnym kubku z modnym logo, a o wizerunek przecież trzeba dbać, bo co powiedzą ludzie na parafii?
A więc szkoła, studia, praca i wreszcie – dzieci, bo tego oczekują rodzice. Broń Boże i chluśnijmy wodą święconą, jeśli okażesz się nasieniem szatana i osobą o odmiennej orientacji – wtedy masz prawie tak przesrane jak Joanna Krupa, którą oskarżono o puszczanie się na lewo i prawo z jakimś kolesiem, którego nie znają nawet redaktorzy Pudelka. W każdym razie – urocze potomstwo. Im później, tym lepiej, bo nie liczą się twoje chęci, ale stabilność finansowa i praca, którą nie wstydzisz się pochwalić w zakładce na fejsie.
Masz już dwójkę rozpieszczonych do granic możliwości bachorów, które są rodem z Trudnych spraw albo Ukrytej prawdy i pyskują do ciebie raz za razem. To nic, wszystkie dzieci są takie, to przecież bunt dojrzewania: tracenie dziewictwa w wieku trzynastu lat z chłopakiem starszym zaledwie o rok, który w ukryciu dalej montuje statki kosmiczne z Lego, podkradanie paczki papierosów, pierwszy alkohol zwymiotowany do kibla i wzorowanie się na pseudogwiazdkach, których w mediach jest tyle, co ciuchów japan style na allegro, rozrywających się zanim w ogóle wypakujesz je z paczki.

DLACZEGO JESTEŚMY PIERDOŁAMI?

Ludzie ciągle narzekają. Dodają wpisy na fejsie o tym, jak im ciężko, bo jutro praca na szóstą i jak bardzo nienawidzą tego, co robią. Podczas wspólnego piwa na spotkaniu po latach chlipią, bo szef nie ten, kraj nie ten, a i cały świat w sumie do wymiany. Podążając za schematem, który zakodowany jest dla nas wszystkich, doprowadzasz do jednego: sam zakładasz na siebie kajdany o rozmiarze większym, niż tyłek Kim Kardashian.
Czemu nie podążamy za swoimi marzeniami, nie realizujemy celów, które kiedyś, może jeszcze w dzieciństwie podczas zabawy w dom, sobie wyznaczyliśmy?
Odpowiedź jest tak banalna, jak wpisy Miley Cyrus na Twitterze.
Bo jesteśmy cholernymi tchórzami, którzy boją się zrobić cokolwiek, co wykracza za wyobrażanie życia, jakie sobie ubzduraliśmy grając w Simsy. Zrozumcie, że nie ma czegoś takiego, jak ścieżka, którą należy podążać. Kopnijcie w dupę kogoś, kto mówi wam, że z tego nie wyżyjecie i skończycie jak pan Zenek spod Biedronki, zbierający codziennie na kolejną puszkę piwa.

JAK TO POWINNO WYGLĄDAĆ

Chcesz być badaczem egzotycznych rybek w kraju, który ma nazwę tak dziwną, że brzmi podobnie do tych wszystkich chemicznych łańcuchów, których kazali nam się uczyć w liceum? Pakuj walizki i wyjeżdżaj, a jeśli jesteś fanem Cejrowskiego, to zdejmij buty i szoruj na bosaka. Chcesz zastąpić Artura Żmijewskiego w Ojcu Mateuszu? Rób wszystko, by dostać się do szkoły aktorskiej. Z kolegami marzysz o założeniu boysbandu, ale boisz się, że wstyd łazić mężczyźnie po bożym świecie w rurkach?
No cóż, nie ma czego się bać – gorszej rzeczy niż One Direction nikt chyba nie jest w stanie wymyślić**.
Przepis na szczęśliwe życie jest banalny: po prostu zrzuć kajdany i zacznij żyć tak, jak chcesz, zamiast być pierdołą i spełniać oczekiwania wszystkich innych.
Wiecie, ile osób mówiło mi, że zamiast dziennikarzem, będę im robić frytki w McDonaldzie?
Teraz do mnie piszą pytając, jak tam praca, że słyszeli, że teraz próbuję w radiu, kiedy nowy artykuł w GL, co tam u mnie słychać… a to nie koniec. Bo ja naprawdę chcę to robić całe życie i fakt, że większość osób w tym zawodzie jest bezrobotna albo skazana na konserwy z Biedronki, wcale mnie nie odstrasza.
Nawet jak mi się nie uda, to przynajmniej zasiądę do smażenia frytek z myślą, że próbowałam.
A potem spróbuję wykombinować bonus dla pracowników, żeby wyhodować sobie trzycyfrową wagę rozkoszując się lodami z posypką i polewą.
Bo życie jest po to, żeby je przeżyć. A nie, do cholery, bawić się w Simsy.
*Obejrzycie sobie The Walking Dead. Zombie apokalipsa, wszyscy prawie umarli, albo odpadają im zgniłe kończyny, a ci, co przeżyli, zamiast spieprzać, to pakują się pod nóż żywym trupom. Nie, żeby trupy używały noży, oczywiście. Ale wiecie o co mi chodzi. No debile, no.
** Przepraszam wszystkie fanki One Direction. Jeden z członków tej grupy ma takie spodnie, jak ja. Fajnie, że ktoś sławny nosi takie same ciuchy.