Fallouty to klasyk klasyków wśród gier – coś, w co trzeba zagrać. To jak „Akademia Pana Kleksa” albo „Smerfy”, które leciały co tydzień o siódmej. Wszyscy to czytali i wszyscy oglądali. I wszyscy, którzy z grami mają cokolwiek wspólnego, powinni biegać zygzakiem w post-apokaliptycznym, falloutowym świecie. To mus: by być graczem z krwi i kości, trzeba najpierw dostać po tyłku od przerośniętych, napromieniowanych jaszczur… a potem znaleźć kryptę trzynaście.

Klasyki mają to do siebie, że każdy potencjalny twórca nie może się oprzeć, żeby ich w jakiś sposób, chociażby kijem nie dotknąć. Dlatego też powstał Titanic 2, Król Lew 3 czy Smerfy w 3D. Wszystkie wyszły okropnie, co zwiększyło przekonanie ludzi, że coś, co zrobiono kiedyś i było dobre, lepiej nie ruszać. Bo może wyjść tylko gorzej.

WSTĘP DLA LAIKÓW

Fallout 1 i 2 wyszły w ostatniej dekadzie XX wieku i od razu okrzyknięte zostały najlepszymi grami na tej planecie. Kiedy trochę po nich wyszedł Fallout Tactics, mający być kolejną częścią tak popularnej i dobrze radzącej sobie sagi, fani poczuli się cholernie rozczarowani. Tak bardzo, że większość z nich wyrzucała monitory za okno i złorzeczyła na wszystko, na czym świat stoi,  nie mówiąc już o pojechaniu do siedziby twórców i obrzucania budynku starymi puszkami.

W 2008 roku wejściem wielkim prawie jak kopniak z glana na scenę gier wszedł Fallout 3, mający być idealną kontynuacją gry wszech czasów. Wszedł i… był w blaskach reflektorów tylko przez chwilę, bo szybko okazało się, że mimo starań twórców dalej nie jest tak, jak być powinno – czyli falloutowo i mrocznie.

O ile nowym graczom, którzy z poprzednimi częściami nie mieli nic wspólnego, gra do gustu przypadła, o tyle starym wyjadaczom i wiernym fanom trójka piekielnie się nie podobała. Bo co to ma być – w ogóle takie jakieś za jasne, za mało żartobliwe, a i promieniowania mniej, niż było.
Kolejną próbą reaktywacji potęgi gry był wydany w 2010 roku Fallout: New Vegas. I ja, wierna do ostatniego tchu fanka starych, dobrych falloutów, postanowiłam w niego zagrać.

RECENZJA WŁAŚCIWA, CZYLI AAAA, CZYM DO CHOLERY SIĘ CELUJE?!

Zacznijmy od tego, że już dawno nie grałam, a z nowymi produkcjami nie miałam styczności od lat pięciu. Nastawiona maksymalnie krytycznie, włączyłam grę z przekonaniem, że nic, ale nic mi się w niej nie spodoba – bo po prostu nie będzie już takich Falloutów jak były kiedyś.

Co ważne: ekran tworzenia postaci jest bardzo podobny do tego, co widzieliście w starych Falloutach. Co to znaczy? Te same szkice Vault Boya, te same umiejętności i sposób przydzielania punktów. Jeśli powiem, że to było jak kremówka, którą twórcy gry chcą przekupić starych wyjadaczy, to nie będę kłamać. A ja lubię kremówki. Dałam się złapać na sentymentalny haczyk.

Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, kiedy rozpoczęłam grę – nie ma widoku od góry! Wiem, że to już nie epoka kamienia łupanego i w branży gier już dawno porzucono stare zwyczaje, ale dla kogoś, kto od dawna nie ruszył niczego nowego – masakra. I na dodatek nie chodzi się myszką, tylko nawala się WSAD! Pierwsze pięć minut mojej gry polegało na tym, że bezwładnie latałam po domu doktorka i próbowałam nie wbiegać w ściany i ogarniać, co się właściwie wokół mnie dzieje.
Najśmieszniej jednak było, gdy dostałam pierwszego questa: pomóc zabić gekony, które pałętają się blisko domów w Goodsprings. Co to dla mnie – myślę – przecież w poprzednich częściach unicestwiałam te jaszczury z paluszkiem w moim nadobnym tyłku.

No cóż, okazuje się że trochę się jednak zmieniło. Przyzwyczajona do starych falloutów, widząc gekony przed sobą, radośnie w nie pobiegłam, przekonana, że nacisnę zaraz spację i włączę tury. Nic mylnego, cholera! Wszystko w czasie rzeczywistym! I jeszcze trzeba samemu celować! Spanikowałam tak bardzo, że schowałam się za skałą, a całą brudną robotę odwalił za mnie NPC, który mi zresztą tego questa przydzielił. Ale kto by się martwił, co nie? Przecież to pierwszy raz. Potem, na szczęście, odkryłam system V.A.T.S, za co z całego serca i na moich chudych kolanach dziękuję twórcom. Szczerze mówiąc – gdyby go nie było, złorzeczyłabym na to, jak bardzo rozgrywka się zmieniła, w stosunku do starych części. Wprowadzając V.A.T.S,  upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu – gracze, którzy są obeznani w nowych grach toczą walkę w czasie rzeczywistym, a fani Falloutów mogą mieć namiastkę starego systemu turowego.

Najlepsze starcie z walką i tak czekało mnie w starej fabryce REPCONN, pełnej ghuli (dla niedoinformowanych: to takie zombie, tylko całe świecące z napromieniowania). Ponieważ jestem z natury istotą strachliwą – wybaczyć mi można, wszak kobieta ze mnie – na pierwsze trzy ghule lecące prosto na mnie zareagowałam głośnym wrzaskiem. Na dodatek, skończyły mi się punkty akcji, więc nawet nie mogłam wcisnąć pauzy, a mojej postaci zaciął się karabin. Wzięły i mnie zjadły, ale mój bohater dzielnie walczył uciekając, a ja dopingując go przed monitorem : „Aaaaaa! Uciekaj! Uciekaj! Gonią cię! O mój Boże, mój Boże, czemu ona nie strzela?! Strzelaj strzelbo!!!!!!!!”.

Po tym wydarzeniu, rodzice powiedzieli, żebym wyjechała na studia nie pod koniec września, ale jak najszybciej. Najlepiej jutro.

Ja osobiście po starciu z biegnącymi na mnie ghulami dochodziłam do siebie przez piętnaście minut, oddychając ciężko z spauzowaną grą. Obiecałam sobie, że nigdy więcej w to nie zagram, bo to głupia gra.
Naiwna. Po pięciu minutach wzięłam się w garść i rozwalałam te świecące worki flaków jakbym robiła to od urodzenia.


CZY NEW VEGAS DORÓWNAŁ KLASYKOWI?

Ogólnie, gra się po prostu dobrze. Jest przyjemnie, miło,  nie zbyt łatwo i nie za trudno. Ale jak Nowe Vegas ma się do tego, do czego miało się odnieść – czyli jak wypada na tle starej, ale piekielnie dobrej jedynki i dwójki?

Zależy. Jeśli chodzi o utrzymanie klimatu, to widać, że twórcy się starali, ale wyszło tak, jak wyszło – średnio na jeża. Ludzie, z którymi gada bohater mają same suche żarty, mało jest dobrych tekstów, które przecież były tak charakterystyczne dla sagi Falloutów. Niektóre zadania są najzwyczajniej w świecie nudne: przynieś, zbierz, napraw, pozbądź się paru wielkich, krwiożerczych mrówek, bo stoją na autostradzie i karawany nie mogą przejechać.

Poza tym, gra ma jedną, wielką wadę: nie można wchodzić do domu i sobie bezkarnie kosić tego, co na półkach, bo się niby kradnie. Wiem, że to logiczne, ale w poprzednich częściach można było sobie przeszukiwać domy. I co, teraz jak znajdę na półce jakąś fajną broń, to nawet wziąć nie mogę, bo już mi karma leci i złodziej jestem. Wystarczy ukraść zardzewiałą puszkę z podłogi, żeby całe miasto cię nienawidziło, ale jeśli wybijesz w pień prawie wszystkich mieszkańców, to dalej cię kochają – coś tu jest chyba nie tak.

WKURZYŁY MNIE KAPSLE

A co mnie wnerwiło najbardziej? KAPSLE. No ludzie święci, to się kupy nie trzyma! Już tłumaczę: w Falloucie 1, który był od razu po wojnie atomowej, człowieczeństwo wracało do życia razem. Nie było pieniędzy, więc za produkty płacono albo stosując handel wymienny, albo płacąc specjalnymi kapslami.

W Falloucie 2 akcja dzieje się już później i ludzie wracając do zwykłych monet – dolarów.  Za to w New Vegas, które dzieje się później niż dwójka, znów mamy kapsle. O CO WAM CHODZI? Czyżby twórcy zapomnieli, w którym roku są? Jak mogą być kapsle, skoro kapsli już nie ma?! Jestem fanem i wymagam, że jak ktoś się zabiera za robienie kolejnej części gry, którą wielbię, to chociaż żeby się do niej merytorycznie przyłożył, a nie wyskakiwał z durnymi kapslami, jak w dwójce były już dolary. No cholera jasna, ile ja się przy tym nazłorzeczyłam mojemu chłopakowi, który już biedny nie może słuchać o tym, że kapsli tam być nie powinno. Jeśli powstanie kolejna część, to macie to wyjaśnić. Żadnych kapsli, powiedziałam. Jeśli myślicie, że jedyne co gracz może, to zabić krzesłem własną mamę, bo odłączyła mu komputer, to się grubo mylicie. Wiem, gdzie macie siedzibę.

OSTATECZNA OCENA

Jako osobna gra, oceniłabym Fallout:New Vegas na 8 w skali dziesięciostopniowej. Jeśli oceniam Fallouta, to daję tylko piątkę, czyli wielkiego, dużego średniaka. Dlaczego? Sorry, ale jako fan wymagam więcej. Za mało mroczności, za mało humoru typowego dla gry i za dużo questów, które można o kant dupy rozbić, bo jak je człowiek robi, to zasypia z nudów.
Ogólnie nie mam co marudzić. I zwracam honor mojemu chłopakowi, któremu powiedziałam, że na pewno mi się nie spodoba. Patryk, New Vegas mi się spodobało, masz mnie.
Ale i tak stare gry są lepsze! Amen.