Publicznie ogłaszam bunt blogowy, bunt notkowy i bunt czysto młodzieńczy. Dzisiaj notki nie będzie, bom harowała jak dziki osioł i zmęczona jestem bardziej, niż mój kot po przebiegnięciu odcinka od fotela do miski z żarciem i z powrotem. A uwierzcie, sapie wtedy te moje futrzaste siedem kilo bardziej niż dwa parowozy.  Ale czy mogę ogłosić bunt młodzieńczy? Wszakże zostało mi tylko ostatnie naście, a potem nadejdzie to słowo, które rozpoczyna się na literę D. I nie, nie chodzi mi o tę część ciała, na której teraz siedzicie. Nie. A właściwie, to o co mi chodzi?

Mój kot Maciosław mówi, że notki nie będzie.


Głównie o to, że w tym tygodniu po raz pierwszy poczułam, że skończyła się laba. Jeśli kiedykolwiek myślałam, że dziennikarstwo jest tylko łatwe i  przyjemne, to teraz kajam się publicznie. Mogę nawet ubrać worek na ziemniaki.

Żeby nie było, że narzekam: wcale nie. Dalej twierdzę, że to jest to, co naprawdę chcę w życiu robić.  Twierdzę też, że to najlepsza praca, jaką wymyślono. Naprawdę.  No może oprócz testera gier i smakowania czekolad Milki by sprawdzić, czy naprawdę są mleczne i tylko od krowy. Ale to zawody dla wybranych, rozumiecie. Nie każdy może mieć taką fuchę.

Także jeśli ktoś liczył na notkę, to… nie. Nie. Serio. W sensie, notki nie będzie, nie ma, chyba nie sądzicie, że właśnie czytacie notkę? Tylko wam się tak wydaje. Albo to ja robię was w konia. Mój Boże, jestem trollem jak nic.

Po prostu jestem najzwyczajniej w świecie zmęczona. Wiem, że się do tego przyzwyczaję i zmęczenie już niedługo zniknie, to mój pierwszy tydzień takiego prawdziwego pracowania – a nie udawania, że coś tam naskrobałam, i ale ze mnie dzienikarełę, że powiem jak sławny Puchałkę.  Nie mam ochoty nawet hejtować ludzi. Z tego właśnie powodu notki dzisiaj nie piszę – trudno pisać, mając zamiast mózgu nieapetyczną, rozbabraną papkę. Mniam!

Ostatni ktoś zapytał mnie czy zdaję sobie sprawę z tego, że pewne zjawiska, które opisuję na blogu, dotyczą także mnie. Pytanie o tyle ciekawe, że pozwalam je sobie przytoczyć – bo nie pierwszy raz jest słyszę.
Odpowiedź jest prostsza niż moje włosy po bezlitosnym potraktowaniu prostownicą: OCZYWIŚCIE.

Maciek nie rozumie, dlaczego wszyscy radzą mu przejść na dietę.

Zdaję sobie sprawę, że ja też spamuję fejsa,  że zdarza mi się – ostatnio – grać w jakąś gierkę na której mam swoją preriową farmę i trzy owce, że też strzelam fochy jak każda kobieta, jestem irracjonalna, gdy się obrażam i czasami sama śmieję się jak pustak. Ale o to właśnie chodzi. Żeby można było wziąć wielki, długi patyk i dźgać nim swoje wady, podejść do tego z dystansu.  Po co udawać, że ich się nie ma, skoro każdy z nas posiada ich pełny pakiet?

No. Chociaż Maciek teraz mi mówi, że on nie ma żadnych. Udam, że się z nim zgadzam, bo jeszcze mnie podrapie podczas snu.