Galerie, centra, sklepy. Wszystko pełne wieszaków i manekinów obwieszonych ubraniami, które każda z nas chce mieć. Najlepiej wszystkie. Stukot obcasów biegnących w stronę czerwonych kartek z napisem SALE lub NEW COLLECTION to codzienny dźwięk, który rozlega się na całym świecie.

Ponad 99,9 % kobiet kocha zakupy* (pozostałe 0,1 % to totalne hipsterki). Trzeba przyznać, że gdy chodzi o ostatnią bluzkę na  wyprzedaży, lepiej nie wchodzić nam w drogę. Czy jednak dla stworzenia, które kocha chodzenie, przymierzanie, oglądanie i kupowanie, shopping może być męczący? Może. Uwierzcie.

Cel był jeden: znaleźć sukienkę. Cena – nieważna; kolekcje – wcześniej dokładnie przestudiowane w necie; wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego, niż wejście do sklepu i kupienie wypatrzonej kreacji.
Nic bardziej mylnego.

PRZESZKODA 1: MULTUM INNYCH CUDOWNYCH RZECZY, KTÓRE „MUSZĘ MIEĆ”

Kolejne obcisłe jeansy rurki, gruby sweter ze słodkimi kociaczkami, różowa marynarka, kolejna para zakolanówek, wzorzyste rajstopy, znowu sweter (tym razem z reniferkiem) –  zanim przedarłam się do działu z sukienkami musiałam wziąć na klatę wszystkie te pokusy, które krzyczały do mnie „kup mnie” z każdego wieszaka. Niczym ninja przedzierałam się poprzez kolorowe ubrania, przymykając oczy gdy widziałam coś ładnego, aż wreszcie dotarłam do celu tej niebezpiecznej wyprawy – stojaka z sukienkami, stojącego zaledwie 4 metry od wejścia do sklepu. Piekielne cztery metry pełne diabelskich pokus…

PRZESZKODA 2: DUŻY WYBÓR

– Ta ładna, ale ta też. I tamta. A ta ma krój, jaki chciałam. Którą wybrać? Jaki kolor? Wezmę wszystkie!
– Mówię, jednym ruchem zagarniając pięć wieszaków na jedno ramię i szybkim skłonem nurkując jeszcze po buty, które mi się rzuciły w oczy sekundę wcześniej. Kilka kiecek odpada na starcie, mój rozmiar wyprzedany. Raźnym krokiem (ciągle wgapiając się w sukienki, które trzymam, żeby inne ciuchy nie kusiły) obieram kolejny cel: przymierzalnię.

PRZESZKODA 3: WSZYSTKO WYGLĄDA DOBRZE TYLKO NA MODELCE

Pierwsza zasada  znanych sieciówek: zawyżenie rozmiarówki. Dla przykładu: nosisz rozmiar 38 – przy lekkim wysiłku zdołasz się wcisnąć w 36; nosisz L – jak wciągniesz brzuch to jesteś w stanie założyć M.
Druga zasada:  wkurz klienta i doprowadź do szewskiej pasji poprzez kompletną nierozmiarowość ubrań. Rozmiar 34? Obwód biustu zrób na 36, a bioder na 32.  Niech baba schudnie, a co! I poprawi operacyjnie cycki.

A tak bardziej serio: nic bardziej nie wkurza niż idealna sukienka, która jest na ciebie za duża/za długa. Za mała – jeszcze da się przeżyć; zawsze można znaleźć większy rozmiar lub jeśli trzeba, ograniczyć słodycze. Co zrobimy z za dużą? Jeśli krój jest prosty, można dać do pokombinowania krawcowej. Jeśli zaś nie jest, jedyne co nam pozostaje, to skrzypieć zębami ze złości i złorzeczyć na wszystkich projektantów tego świata.

Można też zrobić sobie szereg operacji a potem powisieć na drabince w nadziei, że się urośnie.

BILANS

4 godziny biegania po sklepach zakończyłam z pustymi rękami. Ale! Jutro też jest dzień. A dla leniuchów polecam sklepy internetowe: jedyny wysiłek, jaki musimy zrobić, to klikanie myszką. Brzmi naprawdę zachęcająco… i nie wykańcza jak kilkugodzinny zakupowy maraton.

Przeczytaj także:

  • Pyśka ;)

    Mnie wkurza to, że nie jestem milionerką! Ahaa…i chyba przeceniasz swoje możliwości finansowe – „cena – nie ważna” to by było piękne …i weź znajdź coś ładnego, oryginalnego, dobrego na ciebie i jeszcze w rozsądnej cenie – bilans – MISSION IMPOSSIBLE!
    No poprostu love it…

  • Anonymous

    Uj mnie to boli

  • Miałk

    Ehhhh ja mam totalnie na odwrót -,- Na cokolwiek nie spojrzę to „Boże, jakie to ohydne” „I kto to kupi?” „No nadruk jeszcze ujdzie, ale ten krój?”. Dlatego zazwyczaj kończy się na tym, że kupuję zwykłe koszulki bez nadruku za 14,99zł.

  • To ja jestem tą hipsterką, bo sklepy z ciuchami omijam. Zupełnie mnie to nie jara, a jak już chcę coś kupić to szybko wybieram, przymierzam, podejmuję błyskawiczną decyzję i kupuję albo odkładam:) A najlepiej robi mi sie zakupy przez internet